„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
Niebezpieczeństwo stanów depresyjnych często polega na dysocjacji – poczuciu oddzielenia od rzeczywistości. Człowiek naturalnie ucieka od wewnętrznego ciężaru. Ucieczka ta bywa tak skuteczna, że osoba w depresji zdaje się funkcjonować w pełnym zdrowiu jako produktywny członek społeczeństwa.
Szukając ulgi, chorzy sprawdzają, co tymczasowo rozgoni ciemność, zmyje wewnętrzne błoto i marazm, co zastąpi psychologiczny ból. Istnieją teorie twierdzące, że ostry smak odczuwany przy spożywaniu produktów zawierających kapsaicynę (np. papryczek chili) pomaga w zarządzaniu symptomami stanów depresyjnych i lękowych. Palący ból pobudza wydzielanie endorfin oraz przekierowuje uwagę z psychologicznego cierpienia na intensywne fizyczne doznania. Taki sam mechanizm popycha ludzi dotkniętych depresją do szukania fizycznego ryzyka czy samookaleczania.
Spicy Things Are Good For Depression (ang. Pikantne rzeczy są dobre na depresję) w reżyserii i choreografii Mártona Csuziego to performatywny wybuch poszukiwania odpowiedzi na depresyjne stany marazmu. Wybuch, bo w Bytomiu popadającym we wczesną, sprowokowaną suszą, jesień – spotykamy się ze spektaklem, który nie oszczędza wrażliwości widza. Prowokuje, wystawia na potencjalny niesmak, wciąga swoim wirem tak głęboko, że nawet zgrzyty premierowego pokazu nie są w stanie wyciągnąć widza na powierzchnię. Wybuch to słowo zasadne, również biorąc pod uwagę chaotyczność spektaklu, dramaturgię na tyle kruchą, że rozdrażniającą nieskupionego lub zwyczajnie nieprzychylnego widza.
Wydaje się, że spektakl dzieje się po to, by obudzić, poruszyć, przekierować nasze myśli z codzienności na doznania płynące ze sceny. Osoby zmagające się z depresją i dysocjacją często stosują silne fizyczne bodźce takie jak: docisk, zimno, ciepło czy przeciążenie jako środek na uziemienie ciała i umysłu. Spektakl zdaje się być próbą dostarczenia takich, często nieprzyjemnych, bodźców – zarówno performerom, jak i widowni. Twórcom należy się uznanie za wyważenie środków przekazu w poruszaniu tego tematu. Spektakl w efekcie nie jest bowiem tylko bezrefleksyjną próbą prowokacji. Wykonawcy dzielą się bardzo osobistymi, wrażliwymi historiami, odkrywają się przed sobą oraz widzem w sposób szczery i intymny, zwierzają się, jednocześnie (co bardzo ważne) nie wchodząc, w moim odczuciu, w sceniczną autoterapię. Nie obciążają bowiem widza odpowiedzialnością czy oczekiwaniem. Przeplatają historie godzące prosto w serce z gagami, bardzo niepoprawnymi żartami czy dynamicznym, miejscami transowym ruchem. Taka mieszanka balansuje na granicy dobrego smaku. I w mojej ocenie zachowuje równowagę, broniąc się szczerością. Należy zwrócić uwagę na to, że tak szczere wykonanie nie miałoby miejsca, gdyby reżyser i zespół produkcyjny nie stworzyli odpowiedniego, tj. komfortowego i bezpiecznego środowiska dla wykonawców. To powinno być oczywiste, ale trzeba często powtarzać: to nie przemoc i uprzedmiotowienie, a zaufanie i szacunek pomagają szukać prawdy w teatrze. Pozostając w sferze dobrych praktyk teatralnych, godna uwagi jest również praca tłumaczy Polskiego Języka Migowego w trakcie spektaklu.
Spektakl rozpoczyna się i kończy projekcją, na której uwiecznione zostają rozmowy z mieszkańcami Katowic (z których niektórzy obecni byli na premierze) o marzeniach, przyszłości, uczuciach. Scena wzruszająca, tym bardziej że tuż po niej następuje scena podobnych zwierzeń ze strony wykonawców z ostrymi papryczkami w roli głównej. Wypowiedziane głośno marzenia o tańcu, miłości mogą wydawać się niepotrzebnym uzewnętrznieniem, ale głęboko poruszają widza i wywołują swoistą ulgę: nie tylko ja, ale my wszyscy pragniemy, szukamy i chcemy czuć się bezpieczni i kochani. Pojawia się rzadkie communitas, obejmujące scenę i widownię, które – jeśli widz pozostanie skupiony – dotrwa do końca spektaklu.
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
Spektakl jest feerią scen, tematów i kostiumów, rozrzuconych w czasie i przestrzeni, ale bałagan nie ma znaczenia. Znaczenie ma w zasadzie tylko człowiek. Istotną postacią na scenie jest Krystian Łysoń. To z jego indywidualnej pracy z Mártonem Csuzim wywiązała się koncepcja spektaklu. Łysoń łączy sceniczną pewność siebie i brutalny dowcip z ruchem wrażliwym, organicznym, przypominającym pnące rośliny, ptasie wzloty i smugi dymu. Mimo wyznań i bezpośredniego kontaktu z widzem zostawia niedopowiedzenie, przestrzeń na tęsknotę. Podobnie uwagę widza skupia Katarzyna Baran. Dzieje się to zwłaszcza w scenach, w których ubrana w piękną, spadającą z niej, balową suknię – sunie po scenie, miotana przez niewidzialny wiatr i współwykonawców jak burzowa chmura. Otulona przez światło w reżyserii niezawodnego Pawła Murlika jest obrazem hipnotyzującym (jej ruch jest wyjątkowo sensorycznie kojący) i tragicznym – uniwersalnie, mitologicznie kobiecym.
Koniec bliski? Tak, dlaczego nie! Lecz póki co zabawmy się jeszcze weselej! – rapował Kazik Staszewski w 1995 roku w piosence Porozumienie ponad podziałami, która przyszła mi na myśl jeszcze w sali Rozbarku. Spektakl jest dobrym wyrażeniem optymistycznego nihilizmu, akceptacją cierpienia i omylności człowieka, bez bierności i rozpaczy. Jedną z najlepszych scen spektaklu był absurdalny, słodko-gorzki walk of shame w wykonaniu Natalii Dinges, szczególnie wszechstronnej śląskiej artystki. Dinges przechodzi przez scenę, zbierając i zakładając na siebie liczne rozrzucone wcześniej ubrania, w trakcie zagaduje widownię, czasem też mamrocze do siebie. Stopniowo zamienia się w nieporadnego, tekstylnego bałwana. Śmiech widowni, chociaż zrozumiały w obliczu niewymuszonej komedii rodem z występów Joanny Kołaczkowskiej, wydaje się okrutny wobec sceny smutnej bezradności, gdy trzej performerzy grają w tragiczną ciuciubabkę z ledwo ruszającą się Natalią Dinges. Ograniczenia, które są stawiane tej wyjątkowo sprawnej fizycznie wykonawczyni, rezonują z przewodnim tematem – działania pomimo beznadziei. Podobnie dzieje się w scenach, w których performerka ma schowane dłonie wewnątrz ogromnych krabich szczypców. Ten kontrast wzmaga również czwarty aktor – Paweł Kozłowski. Jego miękkie, kocie ruchy drwią z ograniczeń, a jednak pływa on w tym samym gulaszu z łez, ostrych papryk, falban i brokatu, co inni.
Katarzyna Baran, Natalia Dinges, Paweł Kozłowski i Krystian Łysoń to piękni performerzy – ciała prawdopodobnie gotowe na wszystko. Ich sprawność i doświadczenie są ewidentne. I tutaj spektakl pozostawia największy niedosyt – brakuje… samego tańca. Widz tęskni za obrazem pełnego potencjału tych osób, za – jeśli nie choreografią w ścisłym słowa tego znaczeniu – to za przestrzenią na improwizację, w której ciało mówi samo za siebie. Dla wszystkich, którzy śledzą premiery ostatnich lat, jasna jest wzrastająca tendencja obecności performatywności w polskim tańcu (i tym samym tendencja porzucania konwencjonalnie pojmowanego ruchu tanecznego). Ma ona oczywiście swoje przyczyny i zasadność, jednak prawem widza jest odczuwać tęsknotę za czystą fizycznością, zwłaszcza gdy wykonawcy wydają się być w stanie ją realizować. Jest to także spektakl, w którym warunkiem odbioru jest pogodzenie się z beznarracyjną, umowną strukturą i otwarcie się na odczuwanie, także tego, przed czym chcemy uciec.
***
Spicy Things Are Good For Depression
Reżyseria i choreografia: Márton Csuzi
Obsada: Katarzyna Baran, Natalia Dinges, Krystian Łysoń, Paweł Kozłowski
Reżyseria świateł: Paweł Murlik
Realizator: Fundacja MOVYTZA
Partner: Teatr Rozbark
Producent: Wojciech Chowaniec
Premiera: 5 września 2025, Bytomski Teatr Tańca i Ruchu Rozbark
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
„Spicy Things Are Good For Depression” – chor. Márton Csuzi. Fot. Klaudyna Schubert
taniecPOLSKA.pl