„Epos o mięśniu sercowym” – chor. Adrianna Kazimierz, Ana Szopa, Szymon Tur, Rafał Matusiak, Ula Dziurdzia, Sos K. Osowska. Fot. Piotr Jaruga
Co z tym patriarchatem? „Zmalał? Urus?”. Refleksja o męskiej dominacji jest równie oryginalna co kopiowany mem. A krytyka nie najlepszego systemu społecznego, w którym żyjemy, może być tyleż kusząca, co nudna. Na szczęście twórcy spektaklu Epos o mięśniu sercowym idą o krok dalej.
Artyści odpowiedzialni za premierę prezentowaną w Centrum Kultury w Lublinie (chor. kolektywna: Adrianna Kazimierz, Ana Szopa, Szymon Tur, Rafał Matusiak, Ula Dziurdzia, Sos K. Osowska) widzą w patriarchacie i normach męskości materiał wart zabawy. W tym siła Eposu…. Zamiast patetycznych nawoływań i miażdżących oskarżeń – radosne przetworzenie ku wspólnej uciesze performerów i publiczności.
Jesteśmy u progu nowej ery. Odchodzi bohater przeszłości. Chcemy mu się przyjrzeć, zanim zniknie. „Jaki jesteś, o bohaterze?” – odpowiedzią na to, rzucone z offu, pytanie będzie brawurowa przejażdżka przez popkulturowe klisze. A wszystko w konwencji gry komputerowej. Trochę Mario, trochę Mortal Kombat. Fantastyczna bijatyka, w której przeciwnicy przypominają komiksowych superbohaterów. Jako widzowie możemy wybrać swoją ulubioną postać, ale w gruncie rzeczy w każdej z nich odbijają się dobrze znane mechanizmy i wzorce. Gdy co jakiś czas scena się rozświetla (dominuje mroczna atmosfera, niczym na peryferiach nocnej metropolii), identyfikujemy kolejne atrybuty wojowników: pistolet, rękawice bokserskie, kij bejsbolowy, groteskowo wydłużone ręce z zaciśniętymi pięściami, motocyklową katanę i kask, naszywkę z logo BMW i bluzę z charakterystycznym logo JP (czyli „Jebać Policję”). Przemoc i szpan – oczywiście squeerowane, dlatego nie krew się tu leje, a brokatowy sypie pył.
Odpowiedzialne za kostiumy i scenografię: Marta Szypulska i Taso Jechorek rozszerzają świat – w głąb i w górę. W tyle sceny w sali widowiskowej Centrum Kultury widzimy płócienną konstrukcję, która może przypominać namiot, ale przy odpowiednim oświetleniu okazuje się jaskinią, gdzie pierwsi ludzi siedzą przy ognisku i przygotowują broń. To wtedy wszystko się zaczęło. Czy na tym się skończy? Nad frontem sceny pojawiają się zaś, wraz z postępem akcji, wiszące pod sufitem przedmioty, które performerzy rozbijają, by – jak to w grze – zdobyć nową broń lub przejść do kolejnej planszy. Nie są to oczywiście przypadkowe artefakty: kostka do gry przypomina, że losy świata zależą niekiedy od liczby oczek, a decyzje, które podejmujemy, nie dotyczą tylko nas, lecz całej przyrody – co podkreśla inny symbol, czyli kwiatek.
Szczególnie istotne wydają się jednak rekwizyty związane z walką. Od ostrego narzędzia służącego do cięcia do broni masowego rażenia rozrywającej ciało na strzępy – tak wygląda historia militariów i naszego gatunku. Twórcy operują prostymi symbolami, bo i opowieść nie jest przesadnie skomplikowana. I choć wszystko wiemy z góry, to nie ma tu miejsca na nudę. Artyści rozumieją potrzebę efektywności. Bohaterowie gier komputerowych z reguły potrafią dokonywać rzeczy, z którymi gracze mieliby problem. Dlatego Rafał Matusiak wspina się na zwisającą z sufitu linę ze zręcznością cyrkowego performera.
Opracowana grupowo choreografia zwraca uwagę intensywnością. Pomaga w tym oparta na klubowych rytmach muzyka Michała Smajdora. Dużo tu synchronów i zapętleń. Loopowane są zarówno pojedyncze ruchy, jak i całe sceny. Ściśle ograniczony świat gry komputerowej jest repetytywny. Nasz świat również. Uwarunkowane kulturowo wzorce tożsamości to tylko jeden z przykładów. Twórcy, choć uwikłani w sztywne struktury i często tańczący razem, nie tracą indywidualnego rysu. Wynika to zarówno z charakterystycznych kostiumów, jak i performerskiej oryginalności. Adrianna Kazimierz, Ana Szopa, Szymon Tur, Rafał Matusiak, Ula Dziurdzia, Sos K. Osowska – nie znajduję w tej grupie osoby liderskiej. Epos… jest tryumfem kolektywu, co nie zmienia faktu, że siła grupy jest sumą indywidualności. Trudno oderwać oczy od Any Szopy – zwłaszcza w scenie będącej swoistą dekonstrukcją zawodów kulturystycznych. Wymyślne (i jednocześnie ściśle skodyfikowane) prężenie muskułów okazuje się zarówno kontynuacją tradycji wojownika, jak i jej radykalnym zaprzeczeniem. Staje się bowiem jasne, że to, czego pożądamy i co podziwiamy, to ciało w jego estetycznym wymiarze i energetycznej potencji, która mogłaby się przełożyć na skuteczność w walce, ale przekładać się nie powinna. Wszystko jest rzeczą estetyki. Wojna i patriarchat też. Przez obsadzenie kobiet w rolach półnagich wojowników artyści podkreślają umowność kategorii, do których zdążyliśmy przywyknąć. Nie byłoby zresztą najgorzej, gdyby ostateczną formą rozwoju myśli wojennej były zawody na najładniejsze mięśnie.
Epos… wieńczy – co oczywiste – finałowa walka z czerwonym potworem, który przypomina zmutowanego raka (skorupiaka, nie nowotwór) z horroru klasy C, ale zapewne jest tytułowym mięśniem sercowym. Oczywiście nie chodzi o to, żeby go brutalnie zmieść z powierzchni ziemi lub zdominować. Jeśli rewolucja ma się dokonać, a patriarchat odejść w zapomnienie, to stare trzeba odprawić przy pomocy nowego – najlepiej przy pomocy miłości i czułości. Nie jestem równie optymistyczny co twórcy spektaklu. Myślę, że patriarchat nigdzie się nie wybiera i nawet jeśli go przytulimy, to nie stanie się przez to lepszy. W Polsce i na Zachodzie przyjmuje oczywiście kolejne ciosy, ale ani myśli lecieć na liny, o deskach nie wspominając. W większości miejsc na świecie rzecz wygląda nieporównanie gorzej. Niektóre z tych miejsc są tuż obok. Czy jest możliwa rewizja wzorców męskości podczas prowadzenia wojny z maczystowskim i imperialnym agresorem? Można oczywiście powiedzieć, że jedynym sposobem na zwycięstwo jest właśnie wyeliminowanie patriarchatu – winnego wszystkich wojen. Ale jak to zrobić, gdy lecą kule, rakiety i drony? Sam fakt, że możemy o tym rozprawiać na scenie i później w krytycznym dyskursie, jest dziś rodzajem przywileju.
Mówiąc brutalnie – sztuka nie ma nic do gadania w sprawie zmiany świata. Jednocześnie to właśnie w sztuce można powiedzieć najwięcej. Scena urzeczywistnia to, co poza nią zdaje się nieosiągalne. Można pokonać i obśmiać „starą męskość”, w przekonaniu, że tuż za rogiem czeka męskość nowa. To prawda, że coś tam stoi i czarująco się uśmiecha. Ale czy to naprawdę ktoś inny, czy nie ten sam nagab, tylko w innym kostiumie i posługujący się zaktualizowanym słownikiem? Na pewno warto sprawdzić. Level up!
„Epos o mięśniu sercowym” – chor. Adrianna Kazimierz, Ana Szopa, Szymon Tur, Rafał Matusiak, Ula Dziurdzia, Sos K. Osowska. Fot. Piotr Jaruga
„Epos o mięśniu sercowym” – chor. Adrianna Kazimierz, Ana Szopa, Szymon Tur, Rafał Matusiak, Ula Dziurdzia, Sos K. Osowska. Fot. Piotr Jaruga
„Epos o mięśniu sercowym” – chor. Adrianna Kazimierz, Ana Szopa, Szymon Tur, Rafał Matusiak, Ula Dziurdzia, Sos K. Osowska. Fot. Piotr Jaruga
„Epos o mięśniu sercowym” – chor. Adrianna Kazimierz, Ana Szopa, Szymon Tur, Rafał Matusiak, Ula Dziurdzia, Sos K. Osowska. Fot. Piotr Jaruga
taniecPOLSKA.pl