20 listopada 1900 roku w podkrakowskiej wsi Bronowice Małe odbyło się wesele poety Lucjana Rydla i Jadwigi Mikołajczykówny, które stało się kanwą dla Wesela – znanego dramatu Stanisława Wyspiańskiego. O tym, jaki oddźwięk społeczny dzisiaj ma ten tekst, o kulturze ludowej, o funkcji tańca, a także o upowszechnianiu krakowiaka i innych swoich działaniach opowiada Katarzyna Chodoń – folklorystka, śpiewaczka, edukatorka polskich tańców i pieśni tradycyjnych w nurcie polskiego Domu Tańca.

Wersja do druku

Udostępnij

Zacznijmy od bronowickiego wesela poety Lucjana Rydla i Jadwigi Mikołajczykówny. Mija dokładnie 125 lat od tego czasu, a dla mieszkańców Bronowic, Krakowa ciągle jest to ważne wydarzenie. Dlaczego?

Prawdopodobnie nie byłoby takie ważne, gdyby nie genialny tekst Stanisława Wyspiańskiego. Dramat Wesele, bo o nim mowa, oprócz tego, że jest ogólnym spojrzeniem na nasz naród, mówi o każdym z nas z osobna. Bo wszyscy przecież o czymś marzymy, przeżyliśmy niespełnioną miłość albo mamy ideały, do których dążymy, z różnymi efektami. Ten tekst jest elastycznym tworzywem, które dopasowuje się do zmieniających się realiów. Co roku jestem zaskoczona liczbą osób, która wciąż przeżywa tę sztukę na nowo. Nie jestem znawczynią Wesela Wyspiańskiego w kontekście teatralno-literackim, natomiast jako regionalistka szukam w tym dramacie obrazu kultury tradycyjnej XIX wieku. Bo tradycja jest nieodłącznym tłem naszego poczucia tożsamości i przynależności. Choć warto zauważyć, że jest ona zdawkowo potraktowana u Wyspiańskiego – są tam tylko krótkie opisy muzyki ludowej, jest symboliczne przedstawienie stroju czy oczepin – tak ważnych w obrzędach ludowych.

Rokrocznie występujesz wraz z Kapelą Kasi Chodoń w wydarzeniu o nazwie Wesele na Bronxie na krakowskich Bronowicach. Nawiązuje ono właśnie do wspomnianego wesela i do sztuki Wyspiańskiego. Co jest wyjątkowego w tej inicjatywie, że ludzie tak licznie biorą w niej udział?

Wydaje mi się, że to jest właśnie wynik tego, w jaki sposób tradycja funkcjonuje współcześnie. Wesele na Bronxie jest inicjatywą oddolną stworzoną pięć lat temu. Wydarzenie rozpoczyna się późnym wieczorem inscenizacją dramatu. Ludzie oglądają tę sztukę biernie, ale wiadomo, że kiedy wychodzimy z jakiegoś spektaklu albo z koncertu, to aż w nas kipi od emocji. I okazuje się, że po tym spektaklu odbywa się potańcówka ludowa z muzyką na żywo. Jest to zarazem przedłużenie sztuki i okazja do tego, żeby wyrzucić z siebie emocje, wytupać je, wyśpiewać, pobyć w tej kipiącej od wrażeń społeczności. Ta potrzeba być może nie do końca jest uświadomiona przez uczestników. A potańcówki ludowe to jest taka przestrzeń, do której można wejść i pobyć tam w nastroju, w którym się aktualnie jest. Nikt nikogo nie ocenia, więc bezpiecznie można dać się porwać do tańca, można też stać z boku, a można po prostu być wśród bardzo dużej liczby osób, która również przyszła tam w podobnym celu.

Kto przychodzi oglądać spektakl i tańczyć na Weselu na Bronxie?

Ten spektakl wychodzi poza ramę sceny, dlatego że ludzie są zaproszeni, żeby się przebrać za postaci z Wesela. I to robią. Szeroko wykorzystywane są stroje krakowskie. Niektórzy przebierają się także za chochoła. Rokrocznie pojawia się też złoty róg. Kto kryje się za tymi postaciami? Wydaje mi się, że są to głównie krakowianie. I myślę, że są to osoby nieświadome wagi kultury tradycyjnej. Bardziej niż chęć szperania w swojej tożsamości – może przyciągać ich tam zarówno egzotyczność miejsca wydarzenia (bo Bronx Bouldering to ogromna ścianka wspinaczkowa zlokalizowana na krańcach miasta w odległych od centrum Bronowicach Wielkich), jak i różnorodne środowisko mieszkańców, wspinaczy, folkowców i młodego pokolenia krakowskich artystów.

Nasza kultura tradycyjna została w pewnym momencie spłaszczona, a jej wartość – wykorzeniona z naszej świadomości. Wesele Wyspiańskiego można potraktować jako soczewkę skupiającą właśnie elementy kultury ludowej. Na przykład w ciekawy sposób został przedstawiony strój ludowy, bo od strony butów: „Trza być w butach na weselu” – stwierdza Panna Młoda, a Pan Młody mówi, że chodzi od miesiąca boso i czuje się zdrowy. Strój jest symbolem nakładania na siebie jakiegoś munduru, jakiejś powinności, co wspaniale realizuje się w oczepinach. Wtedy przecież panna żegna się z dzieciństwem, a bierze na siebie małżeńskie obowiązki, staje się opiekunką domowego ogniska, w sensie nie tylko dosłownym, ale też duchowym. Dlatego na zakończenie Studium Folklorystycznego przygotowałam inscenizację dyplomową zatytułowaną Oczepiny w Rydlówce. Bronowice były wsią podkrakowską i w czasach, kiedy Wyspiański pisał Wesele, obok ślubu Rydlów, tego najważniejszego dla całego narodu, odbywały się przecież także inne oczepiny – zwykłych ludzi.

Co udało się pokazać, odtworzyć?

Całe nagranie można obejrzeć w kanale YouTube. Ważne były dla mnie stroje oraz muzyka – o której opowiem może więcej. Chciałam wykorzystać muzykę tradycyjną, którą grano w tym regionie. Od lat staram się szukać jej śladów w licznych badaniach terenowych. Niestety już nie ma ludzi, którzy śpiewali i tańczyli do tej muzyki podczas wesel lub potańcówek. Wiemy natomiast, że w instrumentarium kapel ludowych podstawą były skrzypce, basy, a z opisów źródłowych tańca wiemy, że ludzie tupali i śpiewali, co też jest elementem muzyki ludowej. Ważne są wszystkie dźwięki, np. okrzyki czy popiskiwania. Zanim powstały instrumenty, były nasze struny głosowe, dzięki którym można było śpiewać, a do śpiewu – tańczyć. Nie zapominajmy o tym.

Te melodie, które usłyszałam w trakcie badań terenowych na Bronowicach, są popularne w całym regionie krakowskim, na przykład:

Chłopcy bronowianie, to oni, to oni.
Która ładna panna, to do nij, to do nij.

Poza tym ogrom melodii, które wykorzystałam w Oczepinach w Rydlówce, pochodzi z zapisów Oskara Kolberga, z drugiej połowy XIX wieku.

Dla mnie poznawanie lokalnych pieśni ludowych jest jak czytanie wierszy o najskrytszych i zarazem najbardziej odważnych pragnieniach. Te utwory tworzone przez lud, który tutaj mieszkał, opowiadają o tym, jak ci ludzie widzieli świat, co dla nich było ważne. Na przykład o krakowskich dziewczynach można się dowiedzieć, że były pewne siebie, nie dawały sobie w kaszę dmuchać. Tak jest do dzisiaj. Żaden folklor, którego w życiu dotknęłam, nie pozwolił mi w tak dużym stopniu zrozumieć ludzi, którzy mnie otaczają – jak ten krakowski. W tym roku mija mi tzw. oczko – 21 lat mieszkania w Krakowie.


Opowiedz, proszę, więcej o samych oczepinach, o obrzędowości.

Mam dwa spostrzeżenia dotyczące obrzędowości w ogóle. Pierwsze wynika z tego, że jestem zapraszana do robienia oczepin na współczesnych weselach i staram się zrobić obrzęd przejścia w rozumieniu wiejskiej kultury tradycyjnej – zarówno dla panny młodej, jak i dla pana młodego. Wydaje mi się, że jest w nas coś, co się nie zmieniło od wieków – to, że potrzebujemy jako ludzie akceptacji przez społeczność, w której żyjemy. Konkretnie chodzi o zaakceptowanie naszych decyzji. I właśnie czymś takim jest wesele. Często w dzisiejszych czasach oczepiny prowadzę dla osób, które nie biorą ślubu kościelnego i ludowe oczepiny pełnią również funkcję duchową. Źródła podają, że oczepiny były społecznie tak samo poważane jak zaślubiny kościelne. Ale przysięga przed Bogiem to jedno, a drugie to stanięcie przed społecznością, która mówi: „Będziemy na Was patrzeć i mieć oko na to, czy dobrze spisujecie się ze swoich gospodarskich obowiązków”. Okazuje się, że oczepiny mogą być w dzisiejszym świecie również istotnym przeżyciem, a nie tylko jakąś wydmuszką. I to jest ważne – wciąż potrzebujemy elementu duchowego i pokazania się w społeczności.

Druga rzecz, którą chcę się podzielić, wynika z tego, że czasem zdarza się, że śpiewam pieśni tradycyjne na pogrzebach. Dlatego zostawmy na chwilę słowo obrzędy i przejdźmy do przejścia, a tym samym do tańca. Zapomnieliśmy o tym, że taniec to nie jest tylko coś, co oglądamy na scenie, coś, co jest świetnie przygotowane choreograficznie. Taniec służy również do tego, żeby przeprowadzić kogoś – zarówno z panieństwa lub kawalerstwa do małżeństwa, jak i z kościoła na cmentarz. Stąd taka ogromna moc pochodów, podczas których grane są marsze, ale mamy też chodzone i polonezy, gdzie jest bardzo ważne, kto prowadzi korowód. Każdy pamięta scenę z Pana Tadeusza, w której wszyscy ustawiają się dwójkami i idzie ogromna liczba par. To jest właśnie bycie w społeczności, w jednym pochodzie. Same kroki, to, jak się człowiek porusza i przemieszcza – to już jest taniec, to już jest forma.

Krążymy wokół tematu funkcji tańca. Już trochę powiedziałyśmy o tym przy okazji Wesela na Bronxie.

Tak, wydaje mi się, że ta funkcja w dzisiejszych czasach jest wciąż bardzo podobna do tej z czasów naszych praojców, bo najlepsze imprezy są wtedy, kiedy człowiek „odleci w tańcu”, niezależnie od tego, czy jest to potańcówka ludowa czy dyskoteka. Zmieniła się muzyka, ale taniec wciąż pozwala zrelaksować się ciału, które trzyma w sobie emocje i się spina. W dzisiejszych czasach mamy to szczęście, że można wybrać styl, w którym czujemy się dobrze. Natomiast w kontekście tańczenia tańców ludowych warto wspomnieć o tańcu intuicyjnym. Według mnie to jest nic innego jak pozwolenie sobie poruszać się do muzyki, tak jak to robili nasi przodkowie. Odbywa się to we wspólnocie, dla której ten ruch ma dużą wartość, bez analizowania metrum czy rozliczania kroków w takcie.

W tańcu czujemy też, że jesteśmy razem, prawda?

Tak, mam wspaniały przykład. Tego lata prowadziłam warsztaty dla młodzieży, podczas których uczyłam tańców ludowych. Zrobiliśmy też potańcówkę. Obserwowałam ich już wtedy nie w warsztatowej sytuacji, tylko w naturalnej. Furorę zrobił chodzony, bo ci młodzi ludzie wykorzystywali go przy każdej możliwej okazji. Wtedy pomyślałam o tym, jaki jest ogromny potencjał w tańcach typu korowodowego, w których każdy wykonuje mniej więcej te same ruchy i wszyscy są właśnie w jednakowo pulsującej wspólnocie. Jest to m.in. krakowiak, którego często tańczymy na potańcówkach.

Staram się też wprowadzać śpiew do krakowiaka, bo wydaje mi się, że to jest wyróżniające ten taniec spośród innych w Polsce. W dzisiejszych czasach młodsze pokolenia często nie wiedzą, co to są przyśpiewki, a powszechnie już zanikła umiejętność zatrzymania muzyki, zaśpiewania i uruchomienia jej na nowo. Dlatego od kilku lat stosuję na potańcówkach autorską metodę, którą nazwałam „sałatka krakowska”. Wykorzystuję karteczki z treścią przyśpiewek, które losują uczestnicy. Osobno są oznaczone teksty dla kobiet, osobno dla mężczyzn i osobno dla dzieci. Polega to na tym, że najpierw pokazuję ludziom proste elementy krakowiaka – jak chód, kulawy czy cwał, a potem uczę melodii – tak, aby uczestnicy powtarzali słowa za mną, a kolejno – aby przećwiczyli na swojej przyśpiewce. Następnie rozpoczynam korowód i każda osoba, która zechce, może sama zatrzymać grającą kapelę, zaśpiewać, zawołać, by muzyka dalej grała i w końcu – samodzielnie poprowadzić korowód.

To jest dość ważna rola.

Tak, to jest rola, o której zapomnieliśmy. Dlatego tak bardzo zależy mi, żeby odbiorcy moich działań potrafili słuchać melodii i w trakcie tańca – prowadzić rozmowę z muzykami, czy to tańcem, czy śpiewem. Moim ogromnym sukcesem jest to, że kiedy w Teatrze Złoty Róg wdrażam ideę: #krakowskiedotańca i wprowadzam krakowiaka na potańcówki, to dostaję informację zwrotną: „Dzięki, Kasia, że pozwoliłaś mi poprowadzić taniec”, „Dzięki, że pozwoliłaś mi zaśpiewać, bo mówią, że się nie nadaję”.


To wspaniały odzew. Powiedz, proszę, jak zaczęła się Twoja przygoda w tym środowisku. I czym jest dla Ciebie kultura ludowa?

Moją miłość do kultury ludowej przekazała mi mama, która wspaniale opowiadała o latach swojej młodości spędzonych na wsi – w Brzózie Królewskiej koło Leżajska. Nie pamiętam muzykowania w mojej rodzinie, ale mam wspomnienie atmosfery ciepłego, otwartego domu.

Na dobre zaczęło się, kiedy trafiłam w 2010 roku do Piwnicy Śpiewu Tradycyjnego, w której śpiewałam pieśni z różnych stron świata i dzięki której zaczęłam jeździć na warsztaty w liczne regiony Polski i za granicę. To wtedy w kulturze ludowej odnalazłam sposób wypowiadania się, bo często przychodziły do mnie takie pieśni, które odpowiadały moim potrzebom. Gdy miałam zawody miłosne, to śpiewałam te utwory, które mówiły o niespełnionej miłości. Gdy wyszłam za mąż, to okazało się, że są też pieśni o przemijaniu, o tym, że ten miniony czas już nie wróci. Pojawił się wtedy w moim życiu także Krakowski Babski Comber.

Podchodzę do kultury tradycyjnej w sposób, który zaczerpnęłam z idei Domów Tańca. Myślę, że dobrze, żeby muzyka i taniec były użytkowe, ponieważ uważam, że są to doskonałe narzędzia do uzewnętrzniania się. W dzisiejszych czasach coraz więcej jest dostępnych źródeł, w których możemy znaleźć tradycyjną muzykę i pieśni ze swojego regionu. Każdy może sprawdzić, czy przypadkiem nie jest to jego głos, dawno zagłuszony innymi dźwiękami, czy nie jest to jego ruch, jego sposób rozumienia świata i ekspresji.

Któregoś razu trafiłam na teren Radomskiego na wydarzenie Serce Dzwonu. Okazało się, że w centralnej Polsce w XXI wieku jak muzykanci zagrają do tańca, to wciąż są ludzie, którzy wstają i tańczą albo siedzą pod ścianą i śpiewają przyśpiewki. I to było niesamowite przeżycie. W Krakowie nigdy czegoś takiego nie widziałam. Do dziś mam wrażenie, że krakowska muzyka i taniec wciąż są w dużej mierze odseparowane od widowni. Są wykonawcy i są obserwatorzy.

I postanowiłaś spróbować to zmienić.

Dokładnie z tego powodu powstała idea #krakowskiedotańca. Zaczęłam interesować się krakowiakiem w formie niescenicznej dzięki Piotrowi Zgorzelskiemu. Najpierw od 2017 roku grałam w Kapeli Raraszek, a od czterech lat działam jako Kapela Kasi Chodoń. Gramy krakowiaki, gdzie tylko możemy – na korowodzie weselnym przy Osadzaniu Chochoła, na Weselu na Bronxie, na Krakowskim Babskim Combrze, na kiermaszach Imago Centrum Sztuki Ludowej na Rynku czy na potańcówkach. Moją misją – wydaje mi się po latach, że bardzo trudną – jest to, żeby ludzie tańczyli krakowiaka na potańcówkach. Bo krakowiak ludowy to nie jest ten narodowy, oglądany na scenie. Tancerze z Baletu Dworskiego Cracovia Danza pięknie tańczą krakowiaka narodowego, ale to są wykształcone tanecznie osoby. Człowiek siedzący osiem godzin przed komputerem nie zatańczy w ten sposób. Natomiast krakowiaka na potańcówce – czy to korowodowego, mijanego czy przebieganego – każdy może wykonać.

Staram się zarażać ludzi naturalnością, która jest w tańcu, w śpiewaniu, w całej kulturze ludowej. Nie trzeba nic dodatkowego robić, żeby w to wejść, bo takie mamy nogi, takie ręce, taki tembr głosu – i to wykorzystujmy. Powtarzam, że to jest nasza logika i że odejście od perspektywy scenicznej daje inną jakość i wartość. Sceniczność jest odległa również od ludowego teatru obrzędowego – mówię np. o oczepinach, o których rozmawiałyśmy, bo to też jest swego rodzaju przedstawienie teatralne, ale nie jest ono oddzielone od tożsamości jej uczestników.

W swojej działalności spotkałam się z brakiem szacunku do tego, co robię – mówię o niektórych środowiskach scenicznych. Wydaje mi się jednak, że te dwa nurty się uzupełniają, a nie przeszkadzają sobie. Nie ubliżamy tańcowi, tylko upowszechniamy go i chcemy, żeby nie był jedynie do oglądania, ale też do praktykowania. Można potraktować go po prostu jak dobrą zabawę i formę wyrażania swoich emocji, bo taniec porusza nas w całości – i duchowo, i fizycznie.

Jak się udaje upowszechnianie krakowiaka na potańcówkach?

Różnie to wychodzi. Wydaje mi się, że to, co ja robię, co ruch „domotaneczny” robi, to jest coraz śmielszy manifest do ludzi: „Wciąż nosicie w sobie ogromną wiedzę kultury tradycyjnej i rozumienie świata Waszych przodków! Skorzystajcie z tych zasobów”. Byłoby wspaniale, gdyby ten taniec mógł zaistnieć jako alternatywa dla bachaty czy tanga, ale mam wrażenie, że brakuje nam biznesowego podejścia do edukacji i profesjonalnej promocji. Nie ma wyspecjalizowanych szkół tańca tradycyjnego. Jest też mało osób w „domotanecznym” środowisku, które piszą projekty czy wnioskują o stypendia w obszarze tańca.

Owszem, mamy taki parasol ideowy, który nazywa się Domem Tańca. Można się nim osłonić, kiedy robi się ludowe niesceniczne inicjatywy taneczne czy muzyczne. Ale mimo że idea polskich Domów Tańca obchodziła w tym roku na festiwalu Wszystkie Mazurki Świata swoje trzydziestolecie, to wciąż jest mało znana, nawet w innych środowiskach tanecznych. A dodam, że w większości jest to środowisko miejskie, osobiście nazywam to nową chłopomanią, od której i ja zaczęłam swoją przygodę z kulturą tradycyjną. Swoją drogą jestem niezmiernie wdzięczna za to temu środowisku i cieszę się, że Dom Tańca i w Krakowie ma swoją przystań.

Opowiedz, proszę, na koniec o swoich aktywnościach w najbliższym czasie.

Oprócz Kapeli Kasi Chodoń, o której wspomniałam, prowadzę też grupę folklorystyczną w Teatrze Złoty Róg na Bronowicach Małych w Krakowie. Będzie z nami można śpiewać i tańczyć w korowodzie weselnym przy Osadzaniu Chochoła w Rydlówce 22 listopada. Później, 27 grudnia, będziemy kolędować, przejdziemy z Bronowic Małych na Rynek Główny. Pod koniec karnawału zrobię razem z Joanną Cichoń Krakowski Babski Comber. Wydarzenie odbędzie się pod patronatem Muzeum Krakowa. 14 lutego, w ostatki, będziemy szły szlakiem krakowskich przekupek od Starego Kleparza przez Sukiennice, żeby zatańczyć ogromnego krakowiaka pod wieżą Ratuszową. Planujemy w tym roku wydać śpiewnik – znajdzie się tam idea współczesnego Krakowskiego Babskiego Combra, ale też jego historyczny kontekst.

Poza tym prowadzę warsztaty tańca i śpiewu, prelekcje czy inscenizacje dawnych zwyczajów. Chętnie robię to w formie interaktywnej, dla całych rodzin – familijnie, bo patrzenie na to, co kultura ludowa daje różnym pokoleniom, to jest coś fantastycznego. W swoich edukacyjnych działaniach często korzystam z doświadczenia ludzi, którzy do mnie przychodzą. Chcę pokazać, że oni sami są nośnikiem wielu przejawów kultury naszych przodków. Jak już wspomniałam – i tym może zamknijmy – kultura tradycyjna jest propozycją, pretekstem do opowiedzenia o sobie. Warto więc wykorzystać tę furtkę do poznania siebie. A w dzisiejszych czasach mamy ku temu wiele możliwości, zarówno w formach scenicznych, jak i „domotanecznych”.

Dziękuję za rozmowę.

Na zdjęciu: Katarzyna Chodoń podczas warsztatów śpiewu, 2016. Fot. dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Folkowisko

Na zdjęciu: Katarzyna Chodoń podczas warsztatów tańca w Strefie Nowej w Krakowie, 2018. Fot. Katarzyna Norka Niedźwiecka

Na zdjęciu: Katarzyna Chodoń podczas warsztatów śpiewu, 2022. Fot. dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Folkowisko

Na zdjęciu: Katarzyna Chodoń, 2016. Fot. Katarzyna Norka Niedźwiecka

Na zdjęciu: Katarzyna Chodoń w stroju krakowskim, 2021. Fot. Arkadiusz Szałata. Zdjęcie pochodzi z archiwum prywatnego

Wydawca

taniecPOLSKA.pl

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej.

Close