Na zdjęciu: Jacek Łumiński. Fot. Paweł Szymkowiak
„Traktuję to jako uzdrowienie sytuacji” – tak Jacek Łumiński podsumowuje powrót na scenę Bytomskiego Centrum Kultury. W naszej rozmowie dzieli się nie tylko swoimi najnowszymi projektami, mówi o premierze spektaklu Frontysterium, czym stają się rzeczy, ale również wspomina historię Śląskiego Teatru Tańca.
Zapraszamy do lektury wywiadu zrealizowanego w ramach patronatu portalu taniecPOLSKA.pl nad premierą spektaklu Frontysterium, czym stają się rzeczy.
Skąd wzięła się inspiracja do stworzenia spektaklu Frontysterium, czym stają się rzeczy?
W spektaklu poruszana jest kwestia przemijania, pamięci ucieleśnionej, przynależności kulturowej, przemiany i przyszłości. Kultywujemy przeszłość poprzez powtarzanie pewnych tradycji. Istnieje ucieleśnienie, które pozostaje po nas, bo w każdym pokoleniu zostają inne pokolenia. Pamięć zapisuje nie tylko nasze własne doświadczenia, ale również przeżycia naszych przodków. Nie zwracamy na to uwagi, ale pomimo tego, że sami czegoś bezpośrednio nie doświadczyliśmy, mamy to w sobie.
Wróćmy zatem do przeszłości. Co skłoniło Pana do przyjazdu na Śląsk i dlaczego właśnie tutaj zdecydował się Pan rozwijać kulturę tańca?
Pod koniec lat osiemdziesiątych, po odejściu z Polskiego Teatru Tańca, stworzyłem Teatr Tańca Nowego, a potem szukałem miejsca na bardziej stabilną działalność. W czasie zmian politycznych i gospodarczych spotkałem panią Teresę Bogatko, dyrektorkę szkoły baletowej w Bytomiu. Zachęcała mnie, abym rozpoczął działalność w tym mieście. Mimo że w tamtym okresie odwiedzałem wiele różnych miejsc w Polsce – niektóre były zainteresowane współpracą, a inne nie. Wybrałem Bytom, który był oceniany jako bardzo postępowe miasto z progresywnymi i ambitnymi władzami. Pamiętam, że nie do końca rozumiano, co to jest teatr tańca, istotne było to, że w mieście pojawi się nowa, ciekawa instytucja. Tak to się zaczęło.
„Taniec jako modlitwa”, „związek tańca z siłami nadprzyrodzonymi”, „zatrzymywanie ruchu w powietrzu”, „ruch jakby zawieszony, niedokończony” to próby opisu Pana stylu inspirowanego kulturą ludową oraz chasydzką, który jest rozpoznawalny na całym świecie. Czy nieustannie pozostaje Pan wierny swoim ideom?
Szukam rozwinięcia tego wszystkiego, ale nie odchodzę od pierwotnych założeń, bo na tym polega siła. Ważnym atutem wielu technik, które powstały w XX wieku jest ich powiązanie z kulturą ludową i tradycją. Pionierzy tańca współczesnego, tacy jak José Limón uważali, że bez tego połączenia nie ma prawdziwego tańca współczesnego. W przeciwnym razie taniec staje się tylko naśladowaniem czegoś, co już istnieje w innych miejscach.
Rzeczywiście elementy takie jak „zatrzymanie”, „niedokończenie” czy „rozpoczynanie czegoś w środku”, na które pani zwróciła uwagę, wynikają z analizy kultury ludowej, zwłaszcza kurpiowskiej. Odnoszą się również do tradycji chasydzkiej, gdzie taniec jest po prostu formą modlitwy oraz relacji z siłami wyższymi. Zjawisko to korzysta z tak zwanych „sił wirtualnych” nie w znaczeniu technologii, lecz jako sił, które nie są materialne. Zazwyczaj szamani i zielarze, którzy wiedzieli więcej od innych, komunikowali się z siłami wyższymi poprzez taniec. Obserwatorzy byli przekonani, że uczestniczą w czymś niezwykłym, co niektórzy uważali za iluzję. Sussane Langer twierdziła, że sztuka jest sztuką tylko wtedy, gdy działa na specyficznych, typowych tylko dla niej iluzjach. Muzyka jest sztuką dlatego, że operuje iluzją czasu, malarstwo – iluzją przestrzeni, a taniec jest iluzją niezwykłych sił wirtualnych (nie mylić ze światem AI). W Europie zapominamy o tym, myśląc, że taniec może istnieć nawet bez samego tańca. W innych częściach świata taniec nadal ma wyjątkowe znaczenie. Tańczy się w Azji, Ameryce i nadal w niektórych miejscach w Europie.
Jak wspomina Pan czas tworzenia zespołu Śląskiego Teatru Tańca? Czy wszystkie nadzieje i plany związane z powstaniem tego autorskiego tworu zostały zrealizowane?
Zespół jeździł po świecie. Co roku występowaliśmy w Nowym Jorku. Pisano o nas w „New York Times”, „The Village Voice”, „Dance Magazine”. W Nowym Jorku dwa razy zostaliśmy uznani za najważniejsze zjawisko kulturalne roku. Moje oczekiwania wobec zespołu, prezentującego wysoki poziom, zostały spełnione. Tancerze swoją pracą i jakością ruchu przekonywali o tym, że ten rodzaj sztuki jest istotny. Śląski Teatr Tańca zapisał się w historii tańca współczesnego na świecie. Czuję to, gdy przyjeżdżam do Nowego Jorku z moim nowym zespołem. Nasze warsztaty przyciągają wielu chętnych.
Śląski Teatr Tańca miał również inne projekty, które niestety nie mogły się rozwinąć.
Polska Technika Tańca Współczesnego rozwijała się przez lata i jest wynikiem ciągłych badań i obserwacji współczesnych trendów. Jak uczy tańca Jacek Łumiński dziś, a jak robił to kiedyś?
W latach dziewięćdziesiątych w Polsce dominował balet, a taniec współczesny nie był jeszcze popularny i raczej łączył się z działalnością amatorską. Na początku w swojej pracy korzystałem z baletu, teraz staram się tego unikać. Nadal stosuję pewne analogie, ale już nie odwołuję się bezpośrednio do techniki europejskiego tańca klasycznego.
Czy taniec współczesny można podzielić na ten – bazujący na technice tańca klasycznego i na taki, gdzie ta technika nie jest potrzebna?
Nie wiem. Technika – taka czy inna – zawsze jest potrzebna. Daje ona umiejętność panowania nad przypływami kreatywnej energii, kierowania jej w odpowiednie kanały przepływu oraz kontrolowania zgodnie z naszą wolą. Jeśli jednak ktoś chce – i publiczność to zaakceptuje – brak techniki może stać się kwestią wyboru. W latach postmodernizmu tancerze odrzucali ją, jednak wcześniej wszyscy byli świetnie wyszkoleni. To było formą poszukiwania czegoś nowego. Ogólnie rzecz ujmując, taniec może opierać się wyłącznie na systemie kostnym – wtedy mięśnie odgrywają mniejszą rolę – albo na pracy układu mięśniowego. Jednak ja nieustannie stosuję technikę mięśniowo-kostną.
W 1994 roku, dzięki Panu, Śląski Teatr Tańca zorganizował pierwszą Międzynarodową Konferencję Tańca Współczesnego, co sprawiło, że Bytom znalazł się wśród ważnych kulturalnych miejsc Europy, a Śląski Teatr Tańca był jednym z głównych ośrodków propagujących taniec współczesny w Polsce.
W „The Village Voice” został opublikowany materiał dotyczący festiwali w Europie. Na mapie pokazano Pragę czy Berlin, a jedynym miastem w Polsce, które zaznaczono, był Bytom. To było dla mnie niezwykłe osiągnięcie.
Jak wspomina Pan wydarzenia, które doprowadziły do likwidacji Śląskiego Teatru Tańca?
W tamtym czasie nikt nie brał pod uwagę, że ja po prostu chciałem tworzyć coś dobrego dla ludzi. Bytom był (i wciąż jest) miastem zapadłym. Widać, że kiedyś był piękny, jednak to wszystko degraduje się na naszych oczach. Postanowiłem, że chcę pomóc w zmianie tego stanu. Poprzez taniec chciałem wspierać miasto w rozwiązywaniu problemów. Moja działalność artystyczna przyciągała do Bytomia wielu inwestorów. Śląski Teatr Tańca organizował spotkania dla potencjalnych partnerów, zachęcając ich do przyjazdu na Śląsk. Odwiedzali nas doradcy prezydenta Stanów Zjednoczonych, różni ludzie, którzy widzieli w naszej sztuce szansę dla miasta. Dostrzegali to, czego ostatni włodarze nie widzieli. Władze nie były na to przygotowane i dziwiły się, że ktoś chce inwestować w Bytom. Wszyscy uważali mnie za „dziecko”, które nie może mieć pojęcia o gospodarce. Wiele osób myślało, że chcę tylko zarabiać pieniądze w nielegalny sposób. Krążyły opowieści, że gdzieś pod poduszką chowam milion złotych. Myślę sobie, że gdybym miał takie pieniądze, to bym je gdzieś zainwestował, żeby wesprzeć rozwój tańca. Jednak to nie była prawda. W związku z tym próbowano znaleźć różne dowody mojej winy, które okazywały się całkowicie nieprawdziwe. To doprowadziło do zniszczenia tego, co zbudowałem. Musiałem odejść z Bytomia, aby wejść w zupełnie inne środowisko i móc iść do przodu. Więc jestem zadowolony i myślę pozytywnie, bo tak miało być.
„Wszystko zostało zniszczone” – to Pana słowa. Jednak to, co stworzył Pan w Bytomiu, na zawsze pozostanie w historii. Działalność Śląskiego Teatru Tańca jest ważną częścią „opowieści” o rozwoju tańca współczesnego w Polsce. To, co Pan robił było nowatorskie. Obserwowali to nie tylko widzowie z Europy, ale także z Ameryki i Azji.
Bytom miał ogromną szansę, którą niestety zmarnowano. Żałuję, bo za wszystkimi działaniami Śląskiego Teatru Tańca krył się ogrom pracy. Napisanie wniosków o dotacje i granty, przygotowanie wizyt w Wiedniu czy Nowym Jorku zajmowało dużo czasu. Kiedy jechałem na spotkania z firmami, takimi jak Philip Morris International, czy American Express mówiono mi, że powinienem uczyć polskich przedsiębiorców, jak wykorzystać moją wiedzę, żeby zdobyć pieniądze. Tak właśnie robiłem. Czasami sponsorzy obiecywali duże kwoty, lecz tuż przed festiwalem rezygnowali. Spotkałem się z różnymi sytuacjami, dzięki którym dowiedziałem się, jak funkcjonuje sztuka w biznesie oraz w jaki sposób rozmawiać z ludźmi. Miasto nie zdawało sobie sprawy, że dając nam 20 czy 50 tys. zł na festiwal, przekazywało nam kropelkę w morzu potrzeb, bo w owym czasie koszt takiego przedsięwzięcia wynosił np. trzy miliony złotych. Ze względu na trudną sytuację finansową Polaków często udawało mi się przekonać artystów do obniżenia cen, co pomagało w organizacji festiwalu. Mimo wszystko byli potrzebni sponsorzy. Zespoły znane na całym świecie często przyjeżdżały do naszego kraju po raz pierwszy, więc te wizyty były bardzo ważne.
Czy według Pana zamknięcie Śląskiego Teatru Tańca miało wpływ na gospodarkę Bytomia?
Tak. Teatr przyciągał odwiedzających, co pomagało lokalnym przedsiębiorcom.
W czasie konferencji czy festiwali zauważalny był napływ turystów oraz artystów z kraju i z zagranicy. Pamiętam, że w okolicy budynku, gdzie funkcjonował Śląski Teatr Tańca, znajdowały się sklepy i restauracje. Przyjeżdżając po latach, jestem rozczarowany. Większość tych miejsc już nie istnieje.
Jest Pan twórcą wielu spektakli, których recenzje pojawiały się w ważnych dla dziedziny tańca zagranicznych czasopismach. Proszę powiedzieć, która z choreografii ma dla Pana największe znaczenie?
Są spektakle, które uważam za wyjątkowe, jak WK-70. Lubię też Myśli mocno potargane, tańczone w Los Angeles, Nowym Jorku, Vancouver. Był jeszcze spektakl Prosto w oczy, który prezentowaliśmy między innymi w Nowym Jorku. Przychodził na niego pewien Chasyd z Brooklynu, pan Silver, który codziennie przyjeżdżał na nasz pokaz. Podczas jednego ze spotkań po spektaklu wstał i powiedział: „to jest naprawdę chasydzki taniec”. Ten człowiek odniósł się do tego, na czym mi najbardziej zależało – do duchowości. Jego słowa były dla mnie najlepszą recenzją. Anna Kisselgoff, słynna krytyczka z „New York Times”, napisała, że to, co robimy, jest bezkompromisowe, i uznała nasz spektakl za ważne wydarzenie kulturalne tamtego roku.
Jak wspomina Pan otwarcie i początki pracy nad programem nauczania Wydziału Teatru Tańca w bytomskiej filii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie.
W 2004 roku, kiedy zacząłem pisać doktorat w Stanach Zjednoczonych, Śląski Teatr Tańca otrzymał pieniądze z Unii Europejskiej, z programu Leonardo da Vinci, i dzięki temu stworzyliśmy nowy, unikatowy program nauczania tańca w szkołach wyższych. Do współpracy zaprosiliśmy siedem szkół z zagranicy. W Polsce ogłosiliśmy nabór do grupy testowej, do której wybraliśmy ponad 20 osób. Zobowiązani umowami uczestnicy mieli brać udział w comiesięcznych warsztatach, gdzie testowali program i dzielili się swoimi opiniami w ankietach. Wspólnie kształtowaliśmy program nauczania, korzystając z doświadczeń ekspertów z takich instytucji jak: Codarts w Rotterdamie, Liverpool Institute for Performing Arts i Bath Spa University w Wielkiej Brytanii, Folkwang w Essen czy Bruckner w Linz. Co miesiąc spotykaliśmy się na zajęciach, które prowadzili zaproszeni goście z tych szkół. Rozmawialiśmy o programie, a po dwóch latach był on gotowy, co było naszym obowiązkiem w ramach programu unijnego. Uważałem jednak, że nasza praca powinna być szerzej wykorzystana, więc zacząłem rozmawiać z różnymi szkołami. Spotkałem się z Jerzym Stuhrem, rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, który był zainteresowany współpracą. Chciałem pomóc wprowadzić taniec do istniejącego programu szkoły teatralnej i stworzyć nowy kierunek. Powoli zaczęliśmy realizować nasze plany. Pierwszy rok rozpoczął się w Krakowie, a w kolejnych latach program był prowadzony w wybranym przez nas budynku w Bytomiu.
Śląski Teatr Tańca podczas swojej ponad dwudziestoletniej działalności nie tylko propagował sztukę tańca scenicznego, ale również edukował i motywował do wspólnego działania różne grupy społeczne, dla których taniec stawał się inspiracją, a czasem nawet jedyną drogą wyjścia z życiowego marazmu. Czy założone przez Pana w 2024 roku Stowarzyszenie Katowickie Poszukiwania Ruchowe i Choreograficzne podejmuje podobne działania?
Tak. Nazywamy to dyplomacją kulturalną. Istniejemy dopiero od roku, ale założenia są ambitne. Poznaję środowisko i spotykam się z lokalnymi działaczami kultury. Próbuję działać na różne sposoby – między innymi prowadzimy zajęcia w szkołach – ale myślę też o szerszych inicjatywach, do których realizacji potrzebne są czas i cierpliwość.
Jak pan ocenia obecny stan tańca współczesnego w Polsce?
Taniec współczesny dzisiaj jest bardzo różnorodny. Ma rozmaite formy, a twórcy wiele ciekawych pomysłów. Wydaje mi się, że jest on trochę za bardzo utożsamiany ze sztuką performansu, która jest zupełnie inną dziedziną. Taniec miał wpływ na rozwój tej sztuki, jednak uważam, że ta forma powinna być ukonstytuowana samodzielnie. Nie chcę umniejszać osiągnięć młodszych artystów, ale wydaje mi się, że obecnie taniec znajduje się pod silnym wpływem trendów zachodnich, przez co traci swój lokalny charakter, co z kolei wpływa na jakość i rozpoznawalność sztuki. Nie mam nic przeciwko performansowi, bo uważam, że jest to trudna i wymagająca forma sztuki, jednak wydaje mi się, że takie połączenie szkodzi obu stronom.
Jakie marzenia ma Pan jako Doktor i Kierownik Zakładu Tańca Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, a jakie jako tancerz i choreograf?
Ostatni mój występ na scenie odbył się około 30 lat temu w spektaklu Conrada Drzewieckiego Oczekiwanie. Po wczorajszym spektaklu Frontysterium, czym stają się rzeczy myślę o powrocie na scenę, jednak nie jest to moim marzeniem. Chciałbym tworzyć nowe spektakle i rozwijać kontakty międzynarodowe, bo od zawsze miałem łatwość nawiązywania relacji z przedstawicielami innych kultur. Jeśli chodzi o Zakład tańca, to marzę o tym, abyśmy w przyszłości zostali wydziałem. Mamy zagranicznych studentów, wiele rozmaitych inicjatyw lokalnych i międzynarodowych, jesteśmy częścią światowych sieci wyższego szkolnictwa tanecznego oraz współpracujemy z międzynarodowymi wykładowcami, ale chciałbym, żeby tego było jeszcze więcej. Liczę na współpracę z Koreą i Indiami, jednak to wymaga czasu. Chciałbym też lepiej poznać różne lokalne środowiska, nie tylko na Śląsku, ale także w takich miejscach jak Regionalne Centrum Kultury Pogranicza w Krośnie czy ośrodki w Lublinie i Kielcach. Utrzymywanie lokalnych relacji jest dla mnie ważne, ponieważ mogą wzmocnić nas pod wieloma względami, tj. środowiskowym, społecznym, a także mogą przyczynić się do pozyskania przyszłych studentów. Współpracujemy z innymi częściami świata, w tym z Europą i różnymi regionami. Wymieniamy się nauczycielami i uczymy się od siebie nawzajem.
Wróćmy do tematu Pana nowego spektaklu. Jaki był cel zorganizowania premiery Frontysterium, czym stają się rzeczy w Bytomiu?
Pokazaliśmy się na bytomskiej scenie, zaprezentowaliśmy coś innego niż to, co obecnie funkcjonuje w tym mieście. Pojawiła się szansa współpracy z Bytomskim Centrum Kultury. Myślę, że jeszcze dużo dobrego może się zdarzyć.
Czy zespół – Luminski Dance Project został stworzony z myślą o powrocie do przeszłości?
Niektórzy z członków grupy – Luminski Dance Project są zafascynowani tancerzami Śląskiego Teatru Tańca i znają ich spektakle na pamięć. Jednak nigdy nie miałem zamiaru odtwarzać tamtego zespołu. Śląski Teatr Tańca zrealizował swoje cele i to jest bardzo ważne. Dziś w Luminski Dance Project patrzymy w przyszłość i tworzymy nowe możliwości z nowymi tancerzami. Inspirowanie się przeszłością jest w porządku, ale kluczowe jest dalsze rozwijanie naszego własnego stylu.
Jakie uczucia wzbudził w Panu powrót na scenę Bytomskiego Centrum Kultury, gdzie wcześniej miał siedzibę Śląski Teatr Tańca?
Nie chcę nazywać tego powrotem sentymentalnym, choć dla niektórych na pewno tak było. Ja ten występ traktuję jako uzdrowienie sytuacji.
Dziękuję za rozmowę.
taniecPOLSKA.pl