Koleżanka blogerka zapytała, czy istotnie oglądam te wszystkie spektakle Jeziora łabędziego, udostępnianie podczas kwarantanny w Internecie przez teatry z niemal całego świata. Rzeczywiście oglądam – może nie wszystkie, ale i tak liczba wersji i wykonań, z którymi zapoznałam się przez ostatnie miesiące idzie już w dziesiątki. A że Jezioro łabędzie z jednej strony należy do najpopularniejszych tytułów baletowych, z drugiej zaś – do tych najmocniej opierających się przerabianiu i przetwarzaniu ze względu na powszechnie uznaną wartość choreograficzną tzw. białych aktów, to zasadne stało się pytanie: po co oglądać wciąż i wciąż na nowo te same zestawy ruchów wykonywane przez 24 tancerki w białych tiulowych sukienkach? Oczywiście to wielkie uproszczenie, bo nawet tę samą choreografię różne zespoły wykonują zupełnie inaczej, , ale nie o to tu chodzi. Jak się jest baletomanem, to się ogląda, bo się musi, bo się bez tego żyć nie może.

Wersja do druku

Udostępnij

Koleżanka blogerka zapytała, czy istotnie oglądam te wszystkie spektakle Jeziora łabędziego, udostępnianie podczas kwarantanny w Internecie przez teatry z niemal całego świata. Rzeczywiście oglądam – może nie wszystkie, ale i tak liczba wersji i wykonań, z którymi zapoznałam się przez ostatnie miesiące idzie już w dziesiątki. A że Jezioro łabędzie z jednej strony należy do najpopularniejszych tytułów baletowych, z drugiej zaś – do tych najmocniej opierających się przerabianiu i przetwarzaniu ze względu na powszechnie uznaną wartość choreograficzną tzw. białych aktów, to zasadne stało się pytanie: po co oglądać wciąż i wciąż na nowo te same zestawy ruchów wykonywane przez 24 tancerki w białych tiulowych sukienkach? Oczywiście to wielkie uproszczenie, bo nawet tę samą choreografię różne zespoły wykonują zupełnie inaczej,ale nie o to tu chodzi. Jak się jest baletomanem, to się ogląda, bo się musi, bo się bez tego żyć nie może.

Zjawisko baletomanii i definiujące je pojęcie wbrew typowo „zachodniemu” brzmieniu, pojawiło się po raz pierwszy w carskiej Rosji, która w XIX wieku stała się nową światową stolicą baletu. Jako że sztukę tę szczególnie upodobali sobie carowie, którzy wzięli pod swoje skrzydła tancerzy i choreografów, zapewniając im cieplarniane warunki, moda na oglądanie spektakli baletowych i krytykowanie szczegółów przedstawień i poszczególnych wykonań szybko ogarnęła najpierw kręgi dworskie, a potem szeroko pojętą arystokrację, klasę urzędniczą i mieszczaństwo. Balet zyskał rangę państwową, wieczór w operze był wydarzeniem. Dziś powiedzielibyśmy, że to, co zaprzątało uwagę ważnych i możnych, czyli ówczesnych celebrytów, zaczęło zajmować i interesować coraz szersze kręgi publiczności. Wielu z widzów z uwagą studiowało to, co oglądało na scenie, poddając się czarowi sztuki baletowej, jej wirtuozerii i charyzmie poszczególnych wykonawczyń i wykonawców. Wreszcie – mając okazję i możliwość obserwowania złotego okresu rozwoju baletu klasycznego z mnóstwem premier, olbrzymią ilością spektakli i prawdziwą defiladą najlepszych tancerzy – ci miłośnicy baletu szlifowali swoją wiedzę i doświadczenie widza, stając się prawdziwymi ekspertami. W przeciwieństwie jednak do chłodnego, przynajmniej z założenia, osądu krytyka, ich oceny i reakcje łączyły się z gorącymi emocjami, jakie wywoływała ukochana sztuka. Jak wiadomo, miłość bywa szalona, niekonsekwentna, żywiołowa i nieobliczalna. Baletomani dzielili się więc na frakcje kibicujące konkurującym artystkom czy choreografom. Obsypywali ulubieńców kwiatami, wygwizdywali nielubiane artystki czy nieudane ich zdaniem premiery i występy. Ale przede wszystkim oglądali, oglądali i oglądali, porównując, zbierając wiedzę i wspomnienia – i nigdy nie było im dość. Ot – uzależnienie.

Tym, czym dla XIX-wiecznej i początków XX-wiecznej opery była tzw. „galeria” lub „jaskółka” (najwyżej położone, najtańsze miejsca w teatrach, które wypełniali biedni, ale namiętni miłośnicy muzyki, często studenci i literaci), tym dla baletu byli baletomani. Nie bez przyczyny Arnold Haskell, wybitny brytyjski znawca i krytyk baletowy pisał: „O sukcesie Pawłowej zadecydowała superkrytyczna publiczność carskich teatrów rosyjskich, ci starzy bywalcy, którzy mogli wyliczyć każdą bitkę* i odtańczyć w wyobraźni każdy krok”[i]. Nie ma chyba lepszej charakterystyki baletomana. Jakże dobrze sama się odnajduję w tym opisie! Setki obejrzanych przedstawień, dziesiątki powtórzeń tej samej inscenizacji w różnych albo nawet w tych samych obsadach: w różnych z ciekawości, w tej samej, ulubionej – z miłości. Podczas Pas de quatre małych łabędzi głowa sama mimowolnie naśladuje ruch głów tancerek, a ciało reaguje niespodziewanymi przyruchami w czasie szczególnie emocjonalnych momentów. Jednocześnie oczy śledzą każde pas, każdy detal i pozycję, porównując z wdrukowanymi w dzieciństwie i młodości wzorami: z wcześniejszych spektakli, z nagrań, z telewizji… Pamiętam, jak w czasach licealnych szczyciłam się (choć nie bardzo miałam przed kim), że rozpoznaję solistki warszawskiego zespołu po kształcie stopy!

Dziś technika, a w czasach przedpandemicznych i, miejmy nadzieję, popandemicznych, podróże, pozwalają na kontakt ze sztuką baletową nie tylko w wykonaniu jednego, lokalnego, choćby najlepszego, zespołu baletowego. Warto porównywać, dowiadywać się, jak bardzo różne mogą być wykonania, ale i odczytania jednego, nawet tradycyjnego tytułu z tzw. żelaznego repertuaru. A gdy już zna się tradycyjną choreografię tak, że można, zgodnie ze słowami Haskella, odtańczyć ją w myślach, wtedy porównywanie odmiennych wersji, interpretacji i odnajdywanie różnic między nimi staje się tajemną, dostępną nielicznym rozkoszą. Radości baletomana to zauważanie, że nadal istnieją różnice w stylu wykonywania klasycznych pas w zależności od regionu świata i dominującej tam szkoły, a przede wszystkim – estetyki… To rozpoznawanie ulubionych tancerzy po tym nieuchwytnym czymś – energii skoku, krzywiźnie ramion, wygięciu podbicia – nawet na najbardziej rozpikselowanym filmiku w serwisie YouTube lub z najbardziej rozjechanej kopii na kasecie wideo. Swoich ulubieńców baletoman będzie dosłownie obsypywał kwiatami i wedle zwyczaju nazywał zdrobniałą formą imienia: „Ania zatańczyła, Misza wykonał…”. Zaprzysięgły miłośnik baletu składa się więc z miłości i atencji dla sztuki baletowej, ale także ze swoich przyzwyczajeń i antypatii. Wolno mu – on najbardziej kocha, nie musi być obiektywny. Baletoman stwierdzi: „no nie, co to za Jezioro łabędzie bez błazna”! (choć wie, że ta postać pojawiła się dopiero w późniejszych wersjach choreograficznych). Albo stwierdzi autorytatywnie: „tancerka wykonująca partie Odetty/Odylii musi być wysoka, co oni (w domyśle: dyrekcja, choreograf, baletmistrz) sobie wyobrażają”! W Rosji baletomanów się szanuje i docenia: o widzu, który od 50 lat ogląda wszystkie spektakle baletowe w Teatrze Bolszoj nakręcono nawet film dokumentalny.

Muszę wyznać, że niezwykle dużo kosztuje mnie, by pisząc recenzję ze spektaklu baletowego, zdusić w sobie baletomana. Wiedza – tak, doświadczenie – cudownie, ale emocje, choć czynią odbiór sztuki tak wspaniałym lub tak traumatycznym, nie mogą wziąć góry. To, że moim baletomańskim zdaniem pozbawienie partii Rotbarta choćby jednej wariacji jest zbrodnią, bo jednocześnie pozbawia mnie przyjemności oglądania męskiego popisowego tańca – muszę pamiętać, że mam ocenić nie to, czego mnie ta zmiana pozbawia, ale czym jest uzasadniona i co wnosi… Ale taka już dola baletomana, któremu udało się zostać krytykiem.

*uderzenie łydki o łydkę w skoku, często wielokrotne

Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

 


[i] Arnold Haskell, Balet, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1969, s. 12

 

Wydawca

taniecPOLSKA.pl ()

powiązane

Teksty

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej.

Close