Wersja do druku

Udostępnij

KIM CHI

            h

            o

            r

            e

            o

 

Zapraszam Cię, Was, Nas do bycia ze sobą poprzez czytanie, pisanie i wymianę myśli. Nie wiem, gdzie zastaję Ciebie. Ja od kilku lat piszę książkę pod roboczym tytułem Dzienniki choreograficzne. Proces ten momentami niełatwy, a momentami ekscytujący pozwolił mi na uporządkowanie i zebranie praktyk choreograficznych i refleksji na temat sztuki tańca w Polsce zarówno tej performatywnej, jak i codzienności.

 

Od paru wiosen specjalizuję się również w domowej produkcji naturalnego antydepresanta, jakim jest koreańska kiszonka kim chi. Bakterie do niej uzyskuje się za pomocą specjalnej mikstury, w której miesza się miód z imbirem, czosnkiem i czerwoną papryką. Eliksir ten w zetknięciu z solą, która uruchamia puszczenie soków z kapusty, daje efekt fermentacji. Mam nadzieję, że poruszane w felietonach tematy staną się choreograficznym kim chi dodatkiem do naszych codziennych praktyk czy to choreograficznych i tanecznych, czy to kulinarnych, czy to pisarskich, filozoficznych, dramaturgicznych czy też po prostu przyczynkiem do rozmowy i tworzenia kolejnych słoików z żywymi kulturami bakterii.

 

***

 

 

Choreografia (dla) klimatu

 

 

Przewrotność tematu

 

Co ciekawe, większość zmian, których możemy dokonać, aby ratować naszą planetę zawiera się w działaniach poza- lub okołoperformatywnych. Nie będę więc pisała o spektaklach, które poruszają tematykę ekologii bądź kryzysu klimatycznego, bo kluczowe decyzje podejmowane są na backstageu, poprzez sposób wytwarzania spektaklu. I choć choreografia poprzez swoje związki z somatyką, antropologią czy socjologią może w organiczny i namacalny sposób pokazywać nieoczywiste związki przyczynowo-skutkowe, to jednak tylko zmiany na zapleczu i podążanie za wiedzą naukową (oraz dużo pokory), mogą przynieść prawdziwe, namacalne zmiany.

 

Moja przygoda z działaniem na rzecz ochrony środowiska to stopniowe obnażanie własnej niewiedzy o ekologii i tropienie nieświadomego przeoczania połączeń między tym, co robię, a tym, w jaki sposób to moje działanie wpływa na klimat. Dość celnie opisał pułapki, w które wpadamy jako twórcy i twórczynie, choreograf Mrten Spngberg w swojej książce pt. Spangbergianism, w której ironizuje i obnaża podwójne standardy w naszym tanecznym środowisku. Na przykład drwi z naiwności bądź hipokryzji artystów i artystek tańca, którzy w swoim spektaklu mówią o ociepleniu klimatu, a na prezentację tegoż przedstawienia przylatują samolotem. Nie jest tajemnicą, że transport lotniczy istotnie wpływa na zwiększenie globalnego ocieplenia. Idąc tropem zdumienia, przypominam sobie twarz twórczyni, która w hotelowej restauracji porusza temat zachowania czystości rzek,  spoglądając na mnie znad talerza z 300-gramowym stekiem, którego wyprodukowanie pochłania 30 wanien pełnych wody!

 

Latajmy mniej. (plz dont kill me yet!)

 

Tylko no właśnie jak o tym wszystkim mówić bez wzbudzania oporu, wywoływania poczucia winy i uruchamiania mechanizmów obronnych lub odwrotnie heheszkowania, że my sobie tutaj możemy się wysilać, a kompanie paliwowe i tak mają to wszystko gdzieś. Jak powiedzieć komuś, kto ma nomadyczny zawód: Lataj mniej Zacznę więc od siebie. Pewnego dnia przeanalizowałam swoje działania sceniczne i edukacyjne i zrobiłam klasyczną coachingową tabelkę: co udało mi się już zrobić w sprawie ekologii, a na co jeszcze muszę zwrócić uwagę. Zajmowanie się tym tematem na serio wiąże się z przyjęciem na klatę wielu niewygodnych informacji. Pamiętam, jak pewna studentka napisała do mnie na Messengerze: Hej. Wspierasz Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, a lecisz do Kanady samolotem No to jak to jest. Och, ileż miałam argumentów w swojej głowie, całą symfonię racjonalizacji: A co, mam zabrać ludzi wpław na tratwie za ocean Mam nie przeżyć pięknej przygody, a zespół nie zarobić, bo akurat miałam kaprys, żeby zmniejszyć emisję dwutlenku węgla A może ktoś mi opłaci  dwutygodniową podroż koleją i statkiem, która jest pięć razy droższa niż przelot Przecież ten samolot poleciałby ze mną na pokładzie lub bez, więc co za różnica. Nie udało mi się wtedy. Ale dzisiaj przyznaję jej rację i efektem rozmowy z nią jest to, że nie latam już na wakacje (wybieram pociąg albo zrzutkę na auto), zrezygnowałam z udziału w spektaklach, które wymagają przelotów (choć przyznam, nie wiem, co bym zrobiła, gdybym dostała kiedyś zaproszenie do Nowego Jorku) lub szukam innych sposobów, żeby gdzieś dotrzeć. Dzisiejsza technologia wspiera możliwość pracy w taki sposób, że nie zawsze trzeba być gdzieś fizycznie obecną. Choć kiedy to piszę, cały czas mam w pamięci dobrze znany fakt, że za większość (około 71 procent) emisji gazów cieplarnianych odpowiada zaledwie 100 firm[i].

 

Wytwarzajmy scenografię, obiekty i kostiumy, używając obiektów z recyklingu, a po śmierci spektaklu poddawajmy je dalszemu recyklingowi lub chociaż segregacji. (I natychmiast przestańmy jeść ryby!)

 

Inny piękny przykład. Pewien kolega zwrócił mi kiedyś uwagę, że koce termiczne, które wykorzystuję w spektaklu Absolutely Fabulous Dancers są nieekologicznym rekwizytem. Za namową scenografki użyłam ich ironicznie, jako metafory plastikowego glamouru i celebryckiej ścianki. Aby nie kupować więcej nowych, napisałam do kilku organizacji z prośbą o zużyte egzemplarze oraz uradziłyśmy z reżyserką i producentką Agatą Życzkowską, że te, które zostały zakupione, choćby nie wiem jak były wyświechtane, zdzieramy aż do samego końca, nie wyrzucamy. Oczywiście jest to gest raczej symboliczny w morzu potrzeb.

 

Kwestia plastiku okazuje się być przedmiotem światowego przekrętu. My się staramy, zamieniamy plastikowe słomki na papierowe, a szczoteczki do zębów na bambusowe, rezygnujemy z plastikowych opakowań (często na fali wyrafinowanego shamingu), a tymczasem ponad 50 procent wysp plastiku w oceanach to niechlubny efekt przemysłowego rybołówstwa, do którego wykorzystywane są plastikowe sieci i akcesoria, i związanej z nimi rzezi delfinów i rekinów. A skoro już o tym mowa natychmiast przestań kupować i jeść ryby z przemysłowych połowów! Serio. To jedyny sposób, żeby zapobiec przełowieniu oceanów, i aby do 2050 roku nie zamieniły się one w bagna. A jak wiemy, my bez akwenów wody też nie przetrwamy. Bardzo jasno tłumaczą to bohaterowie dokumentu Ciemne strony rybołówstwa. Must see. I nie ma że boli.

 

A wracając do koców termicznych ze skutkami decyzji wykorzystania ich jako rekwizytu borykam się do dzisiaj. Mam cały pawlacz wypełniony tą srebrno-złotą materią, którą trudno jest złożyć na płasko. Ale wykorzystałam je już trzykrotnie w innych celach! Raz kiedy zaciął się dach w kabriolecie mojego kolegi, uszczelniliśmy go właśnie kocami na wypadek deszczu. Drugi raz osłoniłam nimi róże zimą, a trzeci raz wyłożyłam nimi podłogi, kiedy malowałam sufit. Niewykluczone, że zabiorę je ze sobą do grobu. Tylko, niestety, ja się rozłożę, a one nie

 

Mniej mięsa

 

Osobiście obstawiłabym przejście na dietę wegańską lub przynajmniej wegetariańską, jako pierwszy, kluczowy krok do realnego sprawstwa, i za każdym razem kiedy trafiam na bankiet na festiwalu, których organizatorzy zorganizowali bezmięsne posiłki, skaczę z radości. Doceniam tym bardziej, że dieta mięsna jest mocno związana z przekonaniami i katolicko-sarmackimi zwyczajami w naszym kraju. Nie raz usłyszałam pasywno-agresywne wyzwiska przy stole, nasłuchałam się niemerytorycznych argumentów (A rośliny też czują, Mój talerz to tylko moja sprawa, Jak chcesz mieć siłę tańczyć, skoro nie jesz zwierzyny). Jeszcze 10 lat temu wzbudzałam sensację jakbym była ufoludkiem, gdy na warsztatach prosiłam na obiad o posiłek wegeteriański. Sypała się lawina pytań w stylu Jak to jest możliwe, że jeszcze żyjesz. Dzisiaj na szczęście, kiedy podczas pracy nad projektem zamawiam wegan lub wege pizkę, reakcje są spokojniejsze, bo coraz więcej osób łączy fakty, że sposób wytwarzania tego różowego plasterka szynki lub salami na placku z węglowodanów jest jedną z głównych przyczyn (ramię w ramię z przemysłem paliwowym) upadku ekosystemu naszej planety.

 

Zatem zamieszczam ten postulat jako ostatni, ale tak naprawdę jako pierwszy. Otóż pięknie proszę jeśli nie wege, jeśli nie wegan, to może chociaż wersja lightowa fleksitarianizm To dieta, w której ogranicza się zjadanie mięsa. Jeśli jesz mięso, to proszę, jedz go mniej! Na festiwalach, na warsztatach, pomiędzy próbami. To będzie już bardzo dużo dla naszej planety! Ja pięknie proszu. Gdyby każdy z nas ograniczył jedzenie mięsa o 90 gram dziennie, udałoby się zmniejszyć rocznie emisję dwutlenku węgla o 2,2 gigaton. To około 6,5 procent światowej emisji! A teraz największy hit. Wyeliminowanie produktów odzwierzęcych z diety może zmniejszyć ślad węglowy każdego z nas, aż o 73 procent. Tadaaaam!

 

Inspiracje

 

Do napisania tego felietonu zainspirowało mnie kilka rzeczy: inicjatywa kolektywu Kultura dla klimatu (https://www.kulturadlaklimatu.pl/), film dokumentalny Alego Tabriziego Ciemne strony rybołówstwa, książka Sylwii Majcher Mniej mięsa. Jak zostać fleksitarianinem, by pomoc sobie i planecie, książka Zjadanie zwierząt Jonathana Safrana Foera, działania Młodzieżowego Strajku Klimatycznego i ich hasło z wlepek Nie będzie ()* na martwej planecie.

 

*W miejsce kropek wpisz dowolne.

 

Nie będzie tańca na martwej planecie, i to jest ostatni moment, kiedy możemy wychoreografować zmianę, która krok po kroku, ruch po ruchu, czucie po czuciu, doprowadzi nas do miejsca, w którym będziemy mogli kontynuować nasze badania nad sztuką tańca i choreografii.  Jak śpiewała Madonna z Justinem Timberlakem We have just 5 minutes to save the world. Czy jakoś tak. Możesz też powiedzieć, że Im the dreamer. But Im not the only one

 

 

 

 

Wydawca

taniecPOLSKA.pl ()

powiązane

Teksty

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej.

Close