Wersja do druku

Udostępnij

Mija właśnie rok od mojego pierwszego felietonu w tej witrynie. Pisząc na początku marca 2020 roku o Trzech Gracjach z Trójmiasta, Danucie Baduszkowej, Natalii Gołębskiej i Janinie Jarzynównie-Sobczak, o różnych formach ruchu w ich baletowych, musicalowych i lalkowych przedstawieniach, nie mogłem nawet przypuszczać, że tyle miesięcy przyjdzie nam spędzić raczej w bezruchu, w ograniczonej przestrzeni, głównie w pokoju z widokiem na ekran. Na ekranie laptopa działo się wprawdzie niemało, a nawet więcej niż zazwyczaj z dnia na dzień zaczęły się mnożyć zoomowe okienka, ale im więcej ich przybywało, tym bardziej zanurzałem się we wspomnienia, a te najbardziej odległe stawały się szczególnie bliskie. Jednym z najczęściej powracających przypomnień był Autobus, przedstawienie Akademii Ruchu, oglądane w drugiej połowie lat siedemdziesiątych w gdańskim Klubie Żak, jeszcze w starej, owianej legendą siedzibie. Było to bez wątpienia jedno z najsilniej poruszających i jednocześnie odkrywczych przedstawień, jakie zdarzyło mi się widzieć. Nie waham się powiedzieć, że podobnie jak Wyzwolenie Konrada Swinarskiego.

To, co zobaczyła publiczność po wejściu do zaciemnionej sali, początkowo przypominało stop-klatkę, wyblakły slajd albo źle wywołaną fotografię. Nieruchoma grupa milczących pasażerów i szofer ślęczący z rękoma na niewidzialnej kierownicy. Tableau vivant. Ten z pozoru statyczny obraz był jednak równie analityczny, jak poezja Nowej Fali, jak wiersz Stanisława Barańczaka:

Spójrzmy prawdzie w oczy: w nieobecne

oczy potrąconego przypadkowo

przechodnia z podniesionym kołnierzem, w stężałe

oczy wzniesione ku tablicy z odjazdami

dalekobieżnych pociągów; w krótkowzroczne

oczy wpatrzone z bliska w gazetowy petit;[1]

To, co Barańczak zobaczył w przestrzeni dworcowej poczekalni, Wojciech Krukowski, lider Akademii Ruchu, ujrzał we wnętrzu miejskiego autobusu jak sam zanotował na trasie linii F z warszawskiego zoo do Anina: Patrzę na martwe, ale także ekspresyjne twarze późnowieczorowych pasażerów. Otwierają się drzwi autobusu biegnę do domu, by zapisać przynajmniej kilka zdań. Rodzi się z tego Autobus[2].

Wprawdzie Krukowski o tym nie wspomina, ale to, co rzuciło mu się w oczy podczas przejazdu, musiało być również powidokiem o kilkanaście lat wcześniejszego obrazu Bronisława Linkego pod identycznym tytułem Autobus, chociaż wedle Marii Dąbrowskiej, która przyjaźniła się z malarzem, ten po Boschowsku wstrząsający obraz nosił tytuł Autobus do socjalizmu[3] (co oczywiście nie mogło przejść przez cenzurę w tamtym czasie). Przedstawienie Akademii Ruchu, podobnie jak olejny obraz Linkego, uderzało w podstawy rzekomo socjalistycznego państwa, obnażając martwotę życia codziennego, społeczny letarg, wegetatywny kołowrót. To była diagnoza równa tej, którą dał Wyspiański w Weselu, zakończonym chocholim tańcem śmierci. O ile jednak Linke nasycił swoją wizję mnóstwem groteskowo zdeformowanych figur o intensywnych barwach, o tyle Krukowski zredukował obraz sceniczny to granic widzialności, osadził zarysy postaci w monochromatycznym półcieniu, wydobywając światłem ułamkową cielesność: twarze, dłonie, bose stopy. To był teatr jeszcze bardziej ubogi niż Apocalypsis cum figuris Jerzego Grotowskiego czy Teatr Osobny Mirona Białoszewskiego. Teatr ogołocony ze słów, z interakcji, z rekwizytów, konfrontujący widzów z fizjologią trwania aktorów w bezruchu: z drżeniem mięśni i łzawieniem oczu.

Statyczność obrazu scenicznego oczywiście znana już była teatralnej publiczności, chociażby ze sztuk Samuela Becketta w Szczęśliwych dniach Winnie tkwi zakopana po pas w ziemi, w Końcówce dwie postaci rezydują w kubłach na śmieci.  A mimo to znieruchomienie Autobusu robiło niesamowite, piorunujące wrażenie, dotykało tego, co najbardziej osobiste i jednocześnie powszechne: upokorzenia przez system. Upokorzenia przez nocne wystawanie w kolejkach, przez znojną jazdę w zatłoczonych pociągach czy tramwajach, przez ścisk w przeludnionych mieszkaniach. By zakłamać uciążliwą stagnację, to właśnie ruch uczyniono w czasach PRL-u propagandowym słowem-kluczem, od wiecowej pieśni Naprzód, młodzieży świata, po socrealistyczny szlagier z muzyką Władysława Szpilmana (tak, tak, Pianisty  z filmu Romana Polańskiego!) do słów Kazimierza Winklera: Autobus czerwony przez ulice mego miasta mknie, co w późniejszym, krytycznym songu skarykaturuje Jacek Kaczmarski: Pędzimy przez polską dzicz. Wertepy, chaszcze, błota. Ba, w tragicznym roku 1968, gdy wielu zostało zmuszonych do opuszczenia ojczyzny, przebojem stała się piosenka z refrerem Cała sala śpiewa z nami,  tańcząc walca, walczyka parami. Jak gdyby nic się nie stało w marcu na polskich uczelniach. A przecież, gdy ogląda się dokumentalne zdjęcia z Marca 68, widać na nich złej sławy autobusy, którymi na wzór konia trojańskiego dowożono na studenckie wiece przebranych za aktyw robotniczy milicyjnych pałkarzy. Autobus Akademii Ruchu, który miał premierę w 1975 roku, wyrywał swych widzów z pląsów, jakimi na opolskich festiwalach piosenki przykrywano smutną rzeczywistość. A dzisiaj, w kolejną rocznicę wypadków marcowych, warto to przedstawienie przypomnieć.

Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

 


[1] Stanisław Barańczak, Spójrzmy prawdzie w oczy, z tomu Dziennik poranny, Wydawnicto Poznańskie, Poznań 1972.

[2] Wojciech Krukowski, Tyle lat, co Polska Ludowa albo 45 lat od wtorku, Instytut Teatralny, Warszawa 2015, s. 124.

[3] Zob. Maria Dąbrowska, Dzienniki 1958-1965, opr. Tadeusz Drewnowski, t. 5, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, Warszawa 1988, s. 244-245.

Wydawca

taniecPOLSKA.pl ()

powiązane

Teksty

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej.

Close