Rozpoczynamy na portalu taniecPOLSKA.pl nowy cykl, na który składać się będą rozmowy z artystami Polskiego Baletu Narodowego. Ten największy zespół baletowy w naszym kraju obfituje w wybitne talenty: taneczne, baletmistrzowskie, choreograficzne i inne. Za kulisy Polskiego Baletu Narodowego wprowadzi nas Maciej Krawiec.Cykl inicjuje rozmowa z Yuką Ebiharą, pierwszą solistką Polskiego Baletu Narodowego:

Przed tym wieczorem rozmawialiśmy niejednokrotnie, ale po raz pierwszy nasze spotkanie trwało aż dwie i pół godziny. To jednak nie dziwi, gdy rozmawia się z artystką tej klasy i pragnie się dociec, jak dotarła na baletowy szczyt oraz jakie jest jej postrzeganie sztuki.

Wersja do druku

Udostępnij

Rozpoczynamy na portalu taniecPOLSKA.pl nowy cykl, na który składać się będą rozmowy z artystami Polskiego Baletu Narodowego. Ten największy zespół baletowy w naszym kraju obfituje w wybitne talenty: taneczne, baletmistrzowskie, choreograficzne i inne. W naszym cyklu podejdziemy do nich z powagą i namysłem, których nieraz brakuje w stosunku do sztuki baletowej. Za kulisy Polskiego Baletu Narodowego wprowadzi nas Maciej Krawiec – filolog i dziennikarz mający za sobą pięć lat pracy jako asystent dyrektora PBN, a obecnie współpracujący z zespołem jako animator spotkań z widzami przed spektaklami oraz redaktor programów.

 

 

***

 

Z Yuką Ebiharą, pierwszą solistką Polskiego Baletu Narodowego, spotykam się w jej garderobie w Teatrze Wielkim w Warszawie. Tancerka dzieli ją z pięcioma innymi artystkami. Jest wieczór, zajęcia na salach baletowych dobiegły już końca. Docierają do nas jednak dźwięki ze sceny głównej, gdzie trwa próba opery Pasażerka. Przed tym wieczorem rozmawialiśmy niejednokrotnie, ale po raz pierwszy nasze spotkanie trwało aż dwie i pół godziny. To jednak nie dziwi, gdy rozmawia się z artystką tej klasy i pragnie się dociec, jak dotarła na baletowy szczyt oraz jakie jest jej postrzeganie sztuki.

 

 

PIERWSZE KROKI

 

Maciej Krawiec: Spotykamy się w Twojej garderobie w jednym z największych teatrów świata. Za Tobą cały dzień prób repertuaru zarówno klasycznego, jak i współczesnego. Jutro zaś wraz z Polskim Baletem Narodowym wyjeżdżasz do Hagi, gdzie wykonasz rolę Julii w spektaklu Krzysztofa Pastora o słynnych kochankach z Werony. Czy tak wyobrażałaś sobie swoją dorosłą codzienność, gdy jako dziecko uczyłaś się tańca?

 

Yuka Ebihara: Nie pochodzę z rodziny o tradycjach artystycznych, a tym bardziej baletowych, więc nie miałam obrazu tego, jak może wyglądać profesjonalna kariera artystki baletu. Chciałam po prostu tańczyć i to było najważniejsze.

 

Jak zatem przebiegało podążanie za tą chęcią? Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z baletem?

 

Starsza ode mnie o kilka lat kuzynka chodziła do prywatnej szkoły baletowej w Tokio. Pamiętam, że oglądałam dziecięce przedstawienie, w którym brała udział. Miałam wtedy pięć lat. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że poprosiłam rodziców o zapisanie mnie na balet. Z tego powodu jednak, że mieliśmy za kilka miesięcy przeprowadzić się z Tokio do Pekinu w związku ze zmianą miejsca pracy mojego taty, rodzice postanowili, że pójdę na zajęcia taneczne dopiero tam. W Chinach chodziłam do japońskiej szkoły podstawowej, gdzie co tydzień odbywała się lekcja baletowa z nauczycielką ze szkoły Narodowego Baletu Chin. Z czasem zapragnęłam ćwiczyć więcej i zaczęłam chodzić także raz bądź dwa razy w tygodniu na zajęcia do szkoły baletowej w Pekinie. Moja mama kupiła również specjalną wykładzinę, którą położyliśmy w części salonu w naszym mieszkaniu i dzięki temu mogłam mieć regularne lekcje prywatne u siebie. Nie było w tym żadnego przymusu ze strony rodziców – oni po prostu w naturalny sposób odpowiadali na moje potrzeby. Ale pokazywali mi także inne zajęcia, abym wybrała to, co mnie interesuje, z jak najszerszej palety możliwości. Chodziłam więc też na lekcje gry na pianinie i skrzypcach, na tenis, pływanie, kaligrafię… Jestem im za to bardzo wdzięczna.

 

A jak wspominasz szkołę Narodowego Baletu Chin? Miałaś z nią styczność między 6. a 10. rokiem życia.

 

Byłam zachwycona pracą uczennic tamtej szkoły. To były dzieci wyselekcjonowane ze względu na warunki fizyczne – z łatwością przychodziło im więc wykręcenie stóp, miały długie nogi itd. Pamiętam ich zaangażowanie oraz to, że dzięki ćwiczeniom stawały się coraz lepsze.

 

Powiedziałaś o przedstawieniu w wykonaniu dzieci, w którym brała udział Twoja kuzynka. A czy masz w pamięci inne spektakle, które wywarły na Tobie wówczas wrażenie?

 

Tak, miałam także okazję oglądać występy Narodowego Baletu Chin i to było niesamowite. Bardzo dobry poziom tancerzy, ich piękne ciała, piękne stopy. Najbardziej zapadł mi w pamięć balet Anna Karenina, którego fabuły oczywiście w pełni wtedy nie zrozumiałam, ale uderzył mnie jego dramatyzm. Chciałam być kiedyś taka, jak tamci tancerze i mieć możliwość wyrażania tak silnych emocji na scenie. To bez wątpienia motywowało mnie do ćwiczeń. Później oglądałam przedstawienia także w Japonii i one również wywarły na mnie ogromne wrażenie.

 

À propos Japonii – gdy miałaś 10 lat, wróciłaś z rodzicami i bratem do Tokio. Czym to było spowodowane?

 

Miało to związek z wyborem szkoły przez mojego brata. Ja wprawdzie wolałam zostać w Chinach i kontynuować rozpoczętą tam naukę baletu, ale to nie było możliwe.

 

I jak odnalazłaś się w Japonii, jeśli chodzi o edukację taneczną?

 

Gdy poszłam do japońskiej szkoły baletowej, byłam zaskoczona, że moje rówieśniczki już właściwie tańczyły! Znały ćwiczenia, wiedziały jak się prezentować na scenie, kręciły piruety, ale była też druga strona medalu: ich technika była niestaranna, linie niedbałe… Z kolei w Chinach na pierwszym miejscu na początku edukacji są baletowe podstawy: dokładność wykręcenia, praca stóp itd. Jestem przekonana, że tamte cztery lata spędzone w Pekinie na ćwiczeniu podstaw wciąż pozytywnie oddziałują na jakość mojego tańca. Z tego punktu widzenia cieszę się, że zaczęłam naukę baletu w Chinach.

 

Miałaś więc bardziej solidne podstawy od koleżanek, ale musiałaś też nadrobić to, co im wychodziło lepiej.

 

Tak, lecz dzięki pomocy japońskich nauczycieli udało mi się szybko tego dokonać. Uważam, że taka właśnie kolejność edukacyjnych kroków była dobra dla mojego rozwoju. Ale muszę przyznać, że czas między 10. a 18. rokiem życia, gdy łączyłam naukę w szkołach ogólnokształcących z zajęciami baletowymi, był dla mnie bardzo trudny. Teraz jednak widzę, jak niezwykle korzystny był to okres.

 

DWIE DROGI

 

Na czym dokładnie polegały trudy tamtego czasu?

 

Byłam prawie cały czas poza domem, uczyłam się między zajęciami, odrabiałam lekcje w przerwach. Najcięższe były te miesiące, kiedy musiałam przygotowywać się jednocześnie do egzaminów z przedmiotów ogólnych i do konkursów baletowych. Wtedy zdarzało się, że wracałam do domu o jedenastej wieczorem, a następnego dnia trzeba było wstać przed szóstą. Poza tym, gdy brałam udział w konkursach, musiałam opuszczać niektóre zajęcia. To był czas poświęceń.

 

Nie miałaś chwil zwątpienia?

 

Na pewno były takie momenty, ale mimo to nigdy nie porzuciłam baletu. Zostanie tancerką było moim wielkim marzeniem, choć – jak już powiedziałam – nie wiedziałam dokładnie, jak takie życie wygląda.

 

Dlaczego już wtedy nie poświęciłaś się w pełni baletowi?

 

Moim rodzicom zależało, abym skończyła liceum i poszła na uniwersytet. Nie chcieli, bym zamykała sobie drogę do innej kariery niż baletowa. Obawiali się, że jeśli bym odniosła kontuzję albo nie mogła dostać pracy w profesjonalnym zespole, ciężko by mi było znaleźć dla siebie inne zajęcie. W rezultacie do 18. roku życia łączyłam obie ścieżki edukacyjne.

 

Powiedziałaś jednak, że był to dla Ciebie bardzo korzystny czas.

 

Tak, ponieważ dzięki latom rzetelnej nauki w szkołach ogólnokształcących, horyzont mojego myślenia postrzegam jako szerszy, a doświadczenie życiowe – bogatsze. Faktem jest, że byłam również zainteresowana studiami, szczególnie prawem. Mówiłam sobie nawet, że jeśli nie powiodłoby mi się w życiu jako tancerce, mogłabym kiedyś spróbować zostać prawniczką. Ani ja, ani nikt z mojego otoczenia, nie mogliśmy sobie bowiem do końca wyobrazić, jak miałoby wyglądać moje utrzymanie się tylko z tańca – zwłaszcza, że funkcjonowanie zespołów baletowych w Japonii pozostawia wiele do życzenia. I choć bardzo chciałam być profesjonalną tancerką, to cały czas był to dość mglisty pomysł. Dlatego posłuchałam rady moich rodziców i zdecydowałam się na pójście na uniwersytet. Tam uznałam jednak, że chcę zaryzykować i poświęcić się baletowi. Rzuciłam studia i zaczęłam szukać szkoły baletowej za granicą. Wybór, że chcę zająć się baletem, był więc okupiony utratą czegoś, przez co postrzegam tę decyzję jako mocną, znaczącą. Latom edukacji w Japonii zawdzięczam przekonanie, że to, czego ja chcę dla siebie, jest najważniejsze i warte wielkiego wysiłku. Dzięki tamtemu okresowi dziś jestem – mogę tak powiedzieć – silna psychicznie, niezależna i skoncentrowana na własnych celach.

 

NARESZCIE BALET

 

I wtedy wyjechałaś do szkoły baletowej w Kanadzie. W końcu mógł nastąpić Twój upragniony wyjazd!

 

Byłam bardzo podekscytowana i nie mogłam doczekać się momentu, gdy będę mogła całkowicie oddać się baletowi. Z drugiej strony nie byłam pewna, czy nie jest za późno na pełne zajęcie się tańcem w wieku osiemnastu lat.

 

A kiedy dostrzegłaś w sobie potencjał bycia solistką?

 

Po wyjeździe z Japonii trafiłam do Vancouver i pierwsze role wykonałam właśnie w Kanadzie. Jeszcze w trakcie nauki w tamtejszej szkole występowałam z zespołem Goh Ballet Youth Company. Najważniejszym wydarzeniem z tego okresu było zatańczenie całego baletu Giselle, co wymagało szczególnego przygotowania artystycznego. Rola Giselle jest trudna nawet dla doświadczonych tancerek, a ja miałam wtedy 20 lat i wcześniej nie stawiano przede mną takich zadań. Moja uwaga była w pełni skoncentrowana na tej roli – myślałam o niej niemal bez przerwy: gdy budziłam się rano, gdy jechałam autobusem, gdy kładłam się spać itd. I właśnie dzięki tej partii zdałam sobie sprawę, że jestem w stanie odnaleźć własną ekspresję na scenie oraz że mam coś osobistego do zaoferowania widowni.

 

EUROPEJSKIE WYZWANIA

 

Po trzech latach spędzonych w Kanadzie wyjechałaś do Europy, gdzie pracowałaś kolejno w Norwegii, Wielkiej Brytanii, Francji, Chorwacji, a od 2011 roku w Polsce. Czy coś szczególnego sprawiło, że zdecydowałaś się tak bardzo związać z Europą?

 

Ja zawsze chciałam mieszkać na tym kontynencie. Miałam w sobie przekonanie, że miasta i teatry w Europie są piękne. Oprócz tego było dla mnie jasne, że Europa jest mi bliższa pod względem gustu i jakości sztuki, która tu powstaje, niż Kanada i Stany Zjednoczone.

 

Czy zatem Europa oraz jej zespoły baletowe spełniły Twoje oczekiwania?

 

Tak, choćby dlatego, że uwielbiam pracować w tak pięknych teatrach, jak nasz warszawski! Ale przeprowadzka do Europy wiązała się z rozpoczęciem przeze mnie profesjonalnej kariery, co oznaczało trudne chwile. Gdy jest się w dużym zespole i nie otrzymuje się takiej indywidualnej atencji jak w szkole baletowej, trzeba stać się za siebie odpowiedzialnym. Chciałam być coraz lepsza, więc gdy już mogłam faktycznie realizować moje marzenie bycia tancerką, nie odpuszczałam.

 

Po tym, jak wyjechałaś z Japonii, nie byłaś w żadnym innym kraju ani zespole tak długo jak w Polsce, prawda?

 

Tak, to już mój szósty sezon w Polskim Balecie Narodowym. Jest mi tu bardzo dobrze, chętnie uczę się języka polskiego, poznaję historię. Nie wynika to tylko z faktu, że tu właśnie pracuję, lecz chcę po prostu prowadzić normalne życie. Znalazłam swoje miejsce w Polsce, jestem akceptowana, czuję się komfortowo. Poznałam wielu ludzi, cieszy mnie wsparcie publiczności, dzięki czemu mam więcej pewności siebie. Ale z drugiej strony był taki czas, kiedy czułam coś przeciwnego. Mianowicie gdy jest się długo w jednym miejscu, trudniej jest zachować świeżość w tym, co się robi i wciąż się rozwijać. Istnieje ryzyko przyzwyczajenia się; tego, że osiądzie się na laurach.

 

Mam jednak wrażenie, że nie możesz narzekać na brak wyzwań.

 

To prawda, w żadnym razie nie brakuje mi inspirujących zadań oraz motywacji do pracy w Warszawie. Po poprzednim sezonie, który był bogaty w różnorodne role, również i ten zapowiada się bardzo ciekawie. Chodzi mi jedynie o to, że przez całe życie biegłam, próbowałam różnych rzeczy, szukałam doświadczeń i rozwoju. Dopiero teraz mogę pozwolić sobie na zastanowienie nad tym, co już osiągnęłam. Oczywiście wciąż mam w sobie wielką pasję do tańca, jestem ciekawa nowych choreografii i nadal widzę przestrzeń dla mojego rozwoju. Choć faktem jest, że na etapie, na którym obecnie się znajduję, mogłabym stawić czoło innym, nowym wyzwaniom.

 

NA SCENIE

 

Masz na myśli konkretne role?

 

Chętnie zmierzyłabym się z partiami, które wymagają pewnej dojrzałości oraz artystycznego i życiowego doświadczenia. Myślę o wielkich rolach dramatycznych w takich baletach, jak Dama kameliowa czy Manon. Tego bardzo bym pragnęła. Poza tym jestem ciekawa, jak dziś – po dziesięciu latach – czułabym się ponownie w roli Giselle.

 

Na Twojej drodze ku byciu solistką było również występowanie w grupie jako jedna z artystek corps de ballet. Co dały Ci te doświadczenia?

 

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to nauczyłam się tańczyć w synchronizacji z innymi, dbać o pozostałe osoby na scenie, rozglądać się i czerpać atmosferę z grupy, w której jestem. Równie ważna była też obserwacja solistów z punktu widzenia zespołu. Pamiętam, jak – będąc tancerką corps de ballet – podziwiałam i szanowałam ich za dyscyplinę i za to, w jaki sposób radzą sobie z wielką odpowiedzialnością. Starałam się uczyć od solistów tego zaangażowania oraz siły na scenie. Przypominam sobie moje myśli na ten temat z okresu, gdy tańczyłam w grupie w Jeziorze łabędzim z Norweskim Baletem Narodowym. Partie zespołowe były tam bardzo męczące, ale gdy widziałam, jak wielki wysiłek był udziałem solistów, trudno było mi w to uwierzyć! Teraz zaś, kiedy patrzę na tancerki corps de ballet, bardzo doceniam i szanuję ich pracę. Szczególne wrażenie wywiera na mnie scena Królestwa Cieni w Bajaderze: ich niezliczone arabeski, gdy schodzą po rampach w idealnej synchronizacji, są czymś niesamowitym. Myślę, że to najpiękniejsza część tego baletu. Gdy je obserwuję, chłonę siłę i energię z ich tańca. I mam przy tym nadzieję, że ja z kolei – wykonując główne partie jako pierwsza solistka PBN – nie zawodzę zespołu.

 

Nie poruszyliśmy jeszcze tematu partnerstwa w tańcu. Co cechuje dobrego partnera?

 

Poza muzykalnością i zdolnościami ruchowymi, doceniam gdy mamy to samo podejście do danego wyzwania choreograficznego. Chodzi o świadomość znaczenia tego, co mamy razem do wykonania. Gdy dzielę z partnerem podobną pasję do tańca – wtedy występuje się przyjemniej.

 

A w jakiej mierze na występ oddziałuje stres?

 

Stres się oczywiście pojawia, ale od wielu lat uczę się go kontrolować. Panowanie nad psychiką to największe wyzwanie, gdy wykonuje się pierwsze partie. Trzeba wierzyć w siebie i mieć wewnętrzną siłę, aby wyjść na scenę niezależnie od wewnętrznej walki, która może odbywać się w głowie tancerza – walki z kompleksami, technicznymi problemami czy brakiem pewności siebie. Bez względu na wydarzenia w życiu prywatnym, komentarze za kulisami, ewentualną niedyspozycję czy poczucie, że można było się jeszcze lepiej przygotować. Gdy jestem na scenie, całą moją energię kieruję w stronę publiczności i wtedy nic innego nie jest ważne. Poza tym są różne sposoby stresowania się. Nieraz duże napięcie przed spektaklem pomaga mi uzyskać intensywność na scenie i taki stres jest potrzebny. Z kolei swoboda przed przedstawieniem czasami może być zgubna, a innym razem – przynieść wspaniałe rezultaty. Nie ma reguły.

 

Masz jakieś rytuały, którym oddajesz się przed wejściem na scenę?

 

Nie. Jeśli bym miała, to w sytuacji gdybym o nich zapomniała albo nie zdążyła czegoś zrobić, mogłoby mnie to dodatkowo zestresować. (śmiech) Nie jest mi to potrzebne – wolę po prostu skupić się na pracy i ufać sobie.

 

KREATYWNOŚĆ I WYOBRAŹNIA

 

A jak wygląda Twoja praca nad rolą?

 

Gdy przygotowuję daną rolę, bardzo wiele o niej myślę. Pracując choćby nad postacią Julii przed moim debiutem, zastanawiałam się nad każdym szczegółem sytuacji, które jej się przytrafiają. Zdarzało mi się także wspominać moje prywatne doświadczenia i towarzyszące im przeżycia, by wyzwolić z siebie maksymalnie wiarygodne emocje na scenie. Często myślę również o drobnych zachowaniach, które mogłyby być udziałem mojej bohaterki: na przykład w jaki sposób Julia podziwiałaby księżyc. Bardzo lubię się nad takimi szczegółami zastanawiać. Niektóre pomysły przychodzą też z innych źródeł. Pamiętam na przykład, gdy oglądając film Wieczna miłość o życiu Beethovena miałam skojarzenie z rolą Hipolity-Tytanii w Śnie nocy letniej Johna Neumeiera. Jest w tym filmie scena, gdzie bohaterka otrzymuje list, w którym w bardzo wzruszający sposób wyrażona jest miłość do niej. Tak zachwyciły mnie zawarte w nim słowa, że wreszcie mogłam w pełni zrozumieć emocje Hipolity, gdy czyta miłosny list Lizandra do Hermii. Nawet jeśli widz nie dostrzega tych niuansów, to moim zdaniem ważne jest, by wykonawca miał jasny obraz tego, co ma wyrazić. Innym razem z kolei, gdy w Chorwacji uczyłam się roli Kitri w Don Kichocie, poradzono mi, bym poobserwowała zachowanie hiszpańskich młodych dziewczyn. Taka wiedza jest potrzebna, by kreacja sceniczna była bliska rzeczywistości, pełna kolorów, treści.

 

Czy ta kreacja jest zwykle taka sama?

 

Ja zawsze staram się, aby każde przedstawienie było w pełni szczere i prawdziwe. Szukam więc różnych emocji, różnych doznań w ramach danej partii. Nie dotyczy to zresztą tylko spektakli, lecz również prób. To mnie nieustannie zadziwia, jak odmienne przeżycia może mi przynieść ta sama rola! Czysta radość tego zawodu tkwi w tym, że każdego wieczoru wykonawca może doświadczyć tak różnorodnych emocji. Wtedy nie do końca wiadomo, co się wydarzy na scenie, i jest to bardzo interesujące. Widownia, która przychodzi na spektakl raz, nie dostrzeże tych różnic, ale być może odczuje autentyzm i świeżość tego, co kreujemy i będzie miała wrażenie, że my tworzymy życie, a nie tylko je odtwarzamy. Poza tym dla mnie niezmiernie ważne jest, że mam przywilej wcielenia się w takie postaci jak Julia czy Hipolita-Tytania. Każda próba i każde przedstawienie to okazja do emocjonalnego doświadczenia, którego nie chcę tracić. A co, jeśli z jakiegoś powodu już danej roli nie zatańczę? Chcę zatem w pełni wykorzystywać możliwości, jakie teraz otrzymuję. Zwłaszcza że kariera tancerza jest tak krótka.

 

Opowiadasz o balecie, jakby to była sztuka wymagająca stałego namysłu, zakładająca improwizację, ciągłą interpretację. A przecież – ktoś mógłby powiedzieć – taniec baletowy wydaje się odtwarzaniem pewnych konwencji, kanonów, ściśle zaplanowanego ruchu i można sądzić, że pola do kreatywności dla tancerzy nie ma w niej wiele. Jak zapatrujesz się na taki punkt widzenia?

 

Ja jestem innego zdania i próbuję każdego dnia dowodzić, że balet jest płaszczyzną dla kreatywności i wyobraźni tancerza. Jeśli wykonawca nie poszukuje nowych treści i emocji w tym, co robi, wtedy balet może stać się bardzo nudny. Zwłaszcza w abstrakcyjnych baletach współczesnych – u Williama Forsythe’a czy Wayne’a McGregora – ważne jest, aby poszukiwać i proponować coś własnego. Dopiero kiedy wykonawca autentycznie się angażuje, balet może naprawdę fascynować widza. Tancerz rzeczywiście nie kreuje niczego od zera, ale to, co jest mu dane jako struktura choreograficzna, może napełnić własną osobowością, myślą i rozszerzyć siłę oddziaływania dzieła.

 

PRACA Z CHOREOGRAFEM

 

W Twoich wypowiedziach przewijają się nazwiska choreografów. Jak postrzegasz ich rolę?

 

Choreograf to oczywiście autor ruchu, ale przede wszystkim autor myśli, które się kryją za poszczególnymi elementami choreografii. Dlatego niezwykle cenne jest, gdy jest on obecny na próbach. Dopiero wtedy można w pełni poznać jego założenia i owe myśli, które były u podstawy stworzenia takiego a nie innego ruchu. Jest to bardzo interesujące, gdy choreograf dzieli się swym autorskim spojrzeniem na własne dzieło. Tancerz może wówczas uświadomić sobie, jaka była jego intencja. Jestem skłonna stwierdzić, że dopiero wtedy nasza praca na sali baletowej ma prawdziwy sens.

 

Masz w swoim dorobku również kilka partii, które były tworzone przez choreografów razem z Tobą. Czy słusznie wydaje mi się, że jest to wyjątkowe doświadczenie dla tancerza?

 

Tak, mieć wpływ na powstawanie danej roli i być jej pierwszą wykonawczynią to szczególne przeżycie. W trakcie mojego drugiego sezonu w Warszawie pracowałam z Ashleyem Pagem nad rolą w kreowanym przez niego balecie Century Rolls i wspominam tamto doświadczenie jako niezwykle interesujące. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z jego stylem, więc każdy dzień był pełen nowości i zaskoczeń. Poza tym Page był otwarty na pomysły tancerzy, więc wspólnie szukaliśmy ruchu najciekawszego, najlepiej odpowiadającego koncepcji choreografii oraz muzyce. Miałam też okazję kreować role w dwóch baletach Krzysztofa Pastora: Adagio & Scherzo oraz partię Mlle Gattai w Casanovie w Warszawie. Te procesy twórcze były inspirujące z innego powodu. Dyrektor Pastor zna dobrze możliwości oraz charakter tancerzy jego zespołu i sądzę, że ta wiedza oddziałuje na niego, gdy tworzy z nami swoje balety. A bycie inspiracją dla twórcy – to coś, co daje mi dużą radość.

 

Gdy byłaś moim gościem na spotkaniach z widzami przed Snem nocy letniej, ze szczególną emocją wspominałaś pracę z Johnem Neumeierem nad partią Hipolity-Tytanii.

 

Tak, ponieważ pokazał mi całkiem inne podejście do przeżywania roli. Tańczyłam ich przedtem wiele, ale po raz pierwszy choreograf uświadomił mi, że mam wcielić się w postać, która jest w bardzo ludzki sposób niejednowymiarowa. I nie tylko sam złożony charakter bohaterki był wyzwaniem, lecz również to, czego oczekiwał Neumeier. Mianowicie chciał, abym stała się postacią z jego baletu, a nie tylko grała ją. Oczekiwał prawdy, szczerego bycia i wyrazu na scenie, bez przerysowania czy egzaltacji. To była dla mnie idea nowa i niesłychanie inspirująca. Przy jej realizacji bardzo pomocne było to, że przed rozpoczęciem pracy Neumeier opowiedział nam w szczegółach, jakie są relacje między bohaterami, co przyświecało mu, gdy tworzył ten balet i co jego kolejne części mają wyrażać. Gdyby nie było go z nami, nie mielibyśmy tak pełnego obrazu jego arcydzieła.

 

Gdy jednak choreografa nie ma na sali baletowej, próby prowadzone są przez baletmistrzów. Czy mogą oni realnie wpłynąć na to, jak wykonujesz daną partię?

 

W trakcie prób potrzebna jest taka bliska osoba, do której ma się zaufanie. Wtedy można podążać za radami oraz uwagami baletmistrza czy baletmistrzyni, docenia się ich pomoc i entuzjazm. Co do samego przebiegu prób, to zwykle mam własne wyobrażenie danej roli, które prezentuję na próbach i ono jest punktem wyjścia dla znalezienia najlepszej drogi; najbardziej pożądanego efektu scenicznego.

 

„Pożądanego”, czyli jakiego?

 

Doświadczenie bycia widzem nauczyło mnie, że w balecie ważniejsze od ilości piruetów i wysokości skoku jest to, czy artysta emanuje pasją i szczerością. Technika jest oczywiście niezwykle istotna, ale oprócz niej ważne jest dla mnie to coś, co porywa i zachwyca, a co trudno nazwać. Staram się więc, w zgodzie z ideą choreografa i własnym gustem, takie emocje wzbudzać.

 

SATYSFAKCJA?

 

Czy są chwile, kiedy Ty doceniasz swój wysiłek i jesteś z siebie dumna?

 

Takie chwile się zdarzają. Przyznaję czasami przed sobą, że zrobiłam coś dobrze – w przeciwnym razie mogłabym stracić pewność siebie – ale nigdy nie jest tak, że tracę przez to motywację do dalszej pracy. Po prostu artysta musi być pewny siebie i przeć do przodu, inaczej widownia nie chce go oglądać.

 

Były w Twojej karierze momenty, które wspominasz ze szczególną satysfakcją? Chwile radości, spełnienia, uniesienia artystycznego?

 

Hmmm… Takich momentów mam w pamięci wiele. Właściwie każde przedstawienie, każda premiera to są ważne chwile. Sam proces przygotowań, tok prób – o tym też trudno zapomnieć. Gdybym jednak miała wskazać jeden moment, to na przykład mój debiut w roli Nikii w balecie Bajadera w czerwcu tego roku był dla mnie pięknym wydarzeniem. Tym bardziej, że moją pierwszą dużą rolą z warszawskim zespołem była inna postać z tego baletu – Gamzatti. Teraz czułam nieporównywalnie większe wsparcie od zespołu niż wtedy, kilka lat temu, gdy byłam tu zupełnie nowa. To było bardzo ciekawe doświadczenie.

 

A czy balet – jako dziedzina sztuki oraz sposób na życie – spełnił Twoje oczekiwania? Jesteś szczęśliwa, że taką drogę obrałaś?

 

Gdybym tego nie kochała, nie zostałabym tancerką. I choć mam za sobą wiele ciężkich momentów, to wiem, że dzięki nim udało mi się dojść do punktu, w którym teraz jestem. Po tych wszystkich latach mogę powiedzieć, że jestem zadowolona z dokonanych wyborów.

 

Copyright taniecPOLSKA.pl (miniaturka)

Wydawca

taniecPOLSKA.pl

Yuka Ebihara z Vladimirem Yaroshenką w rolach tytułowych baletu „Romeo i Julia” Krzysztofa Pastora. Fot. Ewa Krasucka
Yuka Ebihara jako Kitri w balecie „Don Kichot” w realizacji Alexeia Fadeyecheva. Fot. Ewa Krasucka
Yuka Ebihara jako Hipolita w balecie „Sen nocy letniej” Johna Neumeiera. Fot. Ewa Krasucka
Yuka Ebihara jako Nikija w balecie „Bajadera” w realizacji Natalii Makarowej. Fot. Ewa Krasucka
Yuka Ebihara w balecie „Artifact Suite” Williama Forsythe’a. Fot. Ewa Krasucka.
Yuka Ebihara jako Gamzatti w balecie „Bajadera” w realizacji Natalii Makarowej. Fot. Ewa Krasucka
Yuka Ebihara z Sergeyem Popovem w balecie „Century Rolls” Ashley’a Page’a. Fot. Ewa Krasucka
Yuka Ebihara jako Mlle Gattai w balecie „Casanova w Warszawie” Krzysztofa Pastora. Fot. Ewa Krasucka
Yuka Ebihara w balecie „Adagio & Scherzo'” Krzysztofa Pastora. Fot. Ewa Krasucka

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej.

Close