Alicja Boniuszko, primabalerina gdańskiego zespołu, która zatańczyła niemal wszystkie znaczące partie baletowe u Jarzynówny – począwszy od Ptaszka w Piotrusiu i wilku przez Ognistego ptaka, Chloe, Julię, Niobe, Tytanię, aż po Solistkę w Odwiecznych pieśniach – tak wspomina współpracę ze swoją mistrzynią: „W Cudownym mandarynie Béli Bartóka przewidziano mnie początkowo w czwartej obsadzie, więc szanse były odległe i mgliste. […] Kiedy wreszcie doczekałam się swojej pierwszej próby, z odwagą, za którą do dziś sama siebie podziwiam, powiedziałam, że to, co już ustalono można pokazać w inny sposób. I że będzie to znaczyło to samo. Wtedy choreografka zaproponowała – wstań i pokaż! Pokazałam, i o dziwo, pani profesor zaakceptowała. Nie miała mi za złe, że z otwartością, przynależną młodości, przedstawiłam swój, własny punkt widzenia”.

Wersja do druku

Udostępnij

Alicja Boniuszko, primabalerina gdańskiego zespołu, która zatańczyła niemal wszystkie znaczące partie baletowe u Jarzynówny – począwszy od Ptaszka w Piotrusiu i wilku przez Ognistego ptaka, Chloe, Julię, Niobe, Tytanię, aż po Solistkę w Odwiecznych pieśniach – tak wspomina współpracę ze swoją mistrzynią:

„W Cudownym mandarynie Béli Bartóka przewidziano mnie początkowo w czwartej obsadzie, więc szanse były odległe i mgliste. Zresztą sama, z natury wstydliwa i niedoświadczona, uważałam, że nie bardzo pasuję do roli takiej kurewskiej Dziewczyny. Więc siedząc na próbach, pod fortepianem, słuchałam, marzyłam i starałam się przeobrazić w uliczną dziewczynę. A kiedy wreszcie doczekałam się swojej pierwszej próby, z odwagą, za którą do dziś sama siebie podziwiam, powiedziałam, że to, co już ustalono można pokazać w inny sposób. I że będzie to znaczyło to samo. Wtedy choreografka zaproponowała – wstań i pokaż! Pokazałam, i o dziwo, pani profesor zaakceptowała. Nie miała mi za złe, że z otwartością, przynależną młodości, przedstawiłam swój, własny punkt widzenia.

Zabrałyśmy się do pracy, w każdym następnym takcie i scenie, delektując się mnogością rozwiązań ruchowych. Szukając form i póz, które były nośnikiem tematu, a emocje i ekspresję ruchu powierzałyśmy plastyce całego ciała. Jestem szczęściarą, że w swojej twórczości choreograficznej prof. Jarzynówna pozwoliła mi brać czynny udział, że nadając muzyce symfonicznej swój, indywidualny wyraz i styl, godziła się na wspólne poszukiwania nowych form wyrazu. Praca rąk, szyi, pleców i nóg musiały łączyć się w jedną całość. Była to nareszcie wolność, ale nie dowolność! Ten proces tworzenia, nieograniczony niczym, wspomagany najlepszymi chęciami wszystkich, cieszył, mimo że czasem czterogodzinna próba przynosiła układ choreograficzny zaledwie na jedną minutę muzyki. Ale godziny spędzone na sali baletowej, to był najpiękniejszy czas! Wszelkie radości na scenie – kwiaty, aplauz, uznanie – nie dorównują temu, co jest okupione ogromnym wysiłkiem fizycznym i intelektualnym w procesie tworzenia. Powtarzam, jestem szczęśliwa, że było mi dane współpracować z moją wspaniałą, niepowtarzalną Mistrzynią. Ona rozwinęła moje życie wewnętrzne, wrażliwość i chęć poszukiwania piękna, nie tylko na scenie”.

Trochę prowokacyjnie zapytałam kiedyś choreografkę czy gdyby nie było Alicji, nie byłoby Mandaryna?

„To trudne pytanie – odpowiedziała – i pozostawiam je bez odpowiedzi. Na pewno Alicja w roli Dziewczyny była jedyna, niepowtarzalna. Poznałam ją, kiedy, w 1946 roku, mama przyprowadziła ją do mojego studia dla dzieci. Taki najmniejszy chrabąszczyk, który od razu pokazał szpagat! Proporcje miała idealne, harmonijną budowę i niebawem się okazało, że mogę „układać balet na niej”. Jej ciało poddawało się moim próbom w sposób zupełnie niespotykany. Nie stawiało żadnego oporu, można je było dowolnie modelować. Oczywiście, krok po kroku, zaczynałyśmy od podstaw tańca klasycznego, bez niego, według mnie, nie może być mowy o jakimkolwiek stylu nowoczesnym. Alicja zatańczyła przecież wspaniale najczystszą klasykę, czyli Odettę i Odylię w Jeziorze łabędzim Czajkowskiego /w 1961 roku II akt i pas de deux z trzeciego aktu, a w 1968 roku – całość/. Ale jej wyjątkowy talent i wszechstronność skłaniały mnie do poszukiwań idących w stronę nowego stylu. W innym zespole byłaby też primabaleriną, ale pewnie zostałaby przy klasyce. Pozwalałam jej więc samej proponować, odkrywać i często zdarzało się, że te propozycje przyjmowałam, rozwijałam, zatrzymywałam. Dałam jej możliwość wszechstronnego rozwoju indywidualnego, ale i sama z niej korzystałam. To była prawdziwa współpraca. Od najwcześniejszych początków, przez 4 eseje Bairda, Persefonę Strawińskiego , Niobe Łuciuka, Tytanię i osła Turskiego i wiele jeszcze innych, aż do Odwiecznych pieśni Karłowicza, które były w pewnym sensie moim hołdem dla niej”.

Ale to nie od Cudownego mandaryna zaczęło się u Jarzynówny uciekanie od konwencjonalnych schematów, śmiałe szukanie nowej formy, ale od Dafnis i Chloe. Tę symfonię choreograficzną na orkiestrę Ravel napisał w pierwszych latach dwudziestego wieku dla Baletu Rosyjskiego Diagilewa, sceniczną wersję słynnej legendy zaprezentował Michaił Fokin. Zygmunt Latoszewski uważał, że „w muzyce Ravela nic nie zachęca do czystego popisu zręczności tanecznej, każdy takt wyraża odruchy uczuciowe, a tylko estetyka i malarskość ich kompozycji, podparte wyrazistością kunsztownej rytmiki Ravela zdolne są na scenie stworzyć ekwiwalent artystycznego przeżycia”.

Dla Jarzynówny i jej zespołu było to zadanie nowe i bardzo odpowiedzialne. Chciała uciec od tańca klasycznego z jego ścisłymi rygorami i schematami, w kierunku plastyki ciała i swobody ruchu. Ogromnym atutem choreografki było to, że miała idealną odtwórczynię Chloe – Hannę Tarnawską, tancerkę o wielkiej subtelności i kulturze gestu. Partnerował jej pięknie Kazimierz Regliński, a cały zespół odniósł sukces. Jarzynówna tak go wspominała:

„Dla mnie największą satysfakcją było, kiedy po naszym występie w Warszawie, na scenę weszli, jakże wtenczas jeszcze młodzi polscy kompozytorzy, żeby nam gratulować – Penderecki, Lutosławski, Baird”.

Béla Bartók, Cudowny mandaryn. Na zdjęciu: Alicja Boniuszko (Dziewczyna). Fot. Tadeusz Link.
Maurice Ravel, Dafnis i Chloe, na zdjęciu: Kazimierz Regliński, Hanna Tarnawska. Fot. Tadeusz Link.

powiązane

Teksty

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej.

Close