Spektakle

Toruń/Alternatywne Spotkania Teatralne Klamra 2015: Teatr Dada von Bzdülöw „Baśnie z mchu i liszaja”. Występują: Jan Kochanowski, Leszek Bzdyl

Zdjęcie: Toruń/Alternatywne Spotkania Teatralne Klamra 2015: Teatr Dada von Bzdülöw „Baśnie z mchu i liszaja”. Występują: Jan Kochanowski, Leszek Bzdyl

Fot. materiały Teatru Dada von Bzdülöw

Wersja do druku

Udostępnij

Spektakl Baśnie z mchu i liszaja jest pierwszym scenicznym spotkaniem Leszka Bzdyla i Jana Kochanowskiego, których łączy fascynacja teatrem ruchu, absurdem życia i baśniami Italo Calvino. Inspiracja literacka staje się pretekstem do zabawy w skojarzenia, do pojedynku na słowa i ciała, do wchodzenia w rozmaite teatralne konwencje. Zdarzenia następują po sobie w zawrotnym tempie, a akcja obfituje w dramatyczne zwroty. Baśń pomaga nam zrozumieć siebie, odnaleźć w świecie, który nie zawsze daje się opisać i wyjaśnić. Nie zamyka się w świecie dzieciństwa, ale aktualizuje się, choć na innym piętrze – intelektualnym, emocjonalnym, egzystencjalnym – także w dorosłym życiu.

 

Obaj obdarzeni zostali przez los ponadprzeciętnym talentem aktorskim, błyskotliwą inteligencją, wyrafinowanym poczuciem humoru, fantastyczną wyobraźnią i całym mnóstwem wdzięku.

(z recenzji Ewy Obrębowskiej-Piaseckiej po poznańskiej premierze)

Reżyseria, dramaturgia, scenografia, choreografia i muzyka: Kochanowski i Bzdyl

Premiera: 13.03.2014

Produkcja: Centrum Rezydencji Teatralnej SCENA ROBOCZA

Spektakl przeznaczony dla widzów powyżej 16. roku życia.

***

wybór recenzji

 

Poszukiwanie esencji baśni

Katarzyna Sałacińska

www.kultura.poznan.pl, 16.03.2014

Gdy widzowie wchodzą do sali Sceny Roboczej, panuje trochę senna, leniwa atmosfera. Aktorzy dopiero szykują się do rozpoczęcia opowieści. Rozpalają w kominku, parzą herbatę. Z namysłem dobierają postaci charakterystyczne dla języka baśni. Nie przywiązują się jednak do swoich ról, wręcz przeciwnie – żonglują nimi w zależności od potrzeb, zmieniają się z narratora w bohatera, z króla w córkę. Bawią się teatralnymi konwencjami. W ich lekkiej i zabawnej interpretacji widać poszukiwanie esencji baśni, sposobu jej opowiedzenia. Szukają pojęć i motywów, jednocześnie uciekając od sztampowego przedstawienia narracji.

Bzdyl i Kochanowski opowiadają na różne sposoby. Opowiadają drobnymi ruchami, spojrzeniami, przy herbatce. Opowiadają tańcząc. Opowiadają rysując. Przede wszystkim widać między nimi przyjacielską nić porozumienia. Nawet jeśli w danym momencie odgrywają bohaterów pozostających ze sobą w konflikcie, czujemy że jednocześnie są dwójką kumpli, którzy po prostu opowiadają historię. Mamy wrażenie, że jest to bajka opowiedziana z przymrużeniem oka, nawet nie tyle do widowni, ale do samych siebie. Tworzą zabawną, często zabarwioną absurdem parę bohaterów, są niczym Żwirek z Muchomorkiem, do których nawiązują tytułem.

W baśniach Kochanowskiego i Bzdyla podniosłość miesza się z codziennością i współczesnością, tworząc nieraz groteskowe sytuacje. Król cały swój majestat zamiast na berle opiera na miotle, ale jest przy tym bardzo poważny. Młodzieniec wygrywa rękę pięknej niewiasty w grze w bilard. Aktorzy nie kryją się z tym, że czasem „plotą trzy po trzy”. Innym razem baśnie stają się pretekstem do szukania teatralnej formy. Na małej scenie aktorzy rysują trasę baśniowej wędrówki bohatera kredą. Zataczają koła, wracając do punktu wyjścia. Nie zdradzają prostego morału. Na zakończenie ich opowieść, zarówno w słowie jak i w ruchu się zapętla. Tak jak baśnie, które mogą być opowiadane wciąż na nowo i w rożnych wariantach.

W spektaklu pełnym humorystycznych sytuacji Kochanowski i Bzdyl przełamują najbardziej popularne wyobrażenia o baśni: historii opowiadanej słownie głównie dla dzieci. W ich opowieści więcej jest ruchu i mimiki niż słów. Chociaż sami bawią się ze sobą i publicznością, wychwytują w baśniach podteksty i sytuacje skierowane raczej do widzów dorosłych.

***

 

Historia (nie)jednej znajomości

Ewa Obrębowska-Piasecka

www.teatralny.pl, 19.03.2014

Zaraz się pewnie okaże, że Baśnie z mchu i liszaja trzeba czytać przez pryzmat gender. Też bym tak mogła. Ale po co? Z mężczyznami, którzy ten spektakl stworzyli, dużo więcej mnie łączy niż dzieli.

Naprawdę. Oto dowody na piśmie.

Cała prawda miejsca

Barak przy Grunwaldzkiej 55, schowany głęboko w krzakach. Czerwona sala ogrzewana kominkiem. Bordowa, zapadająca się w siebie kanapa, przykryta pasiastą narzutą. Zużyta lodówka. Elektryczny czajnik. Tranzystorowe radio. Dwie zwykłe szczotki na kijach. Poszarzały ręcznik. Słoiczki, które zwyczajowo pełnią tu rolę kieliszków do premierowego wina. Trochę papierów. Garść kredy. Szczypta popiołu.

Tymi drzwiami się wchodzi. I wtedy, kiedy na widowni zebrali się ludzie, i wtedy, kiedy nie ma nikogo. Leszek Bzdyl i Jan Kochanowski weszli tu kilka dobrych tygodni temu. Sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie opuszczali tego miejsca. Niczego w nim nie przestawiali. Nie zmieniali. Wsiąkali w tę przestrzeń i wsiąknęli. Na dobre. I złe też. Dziś czekają na nas. Jeden leniwie, a może wstydliwie zapadnięty w kanapę. Drugi skupiony na precyzyjnym, niemal obsesyjnym układaniu drewienek przy kominku. Od razu widać, że się różnią. Czy coś ich połączy?

Cała prawda czasu

Spodziewam się, że to, co oglądamy na scenie, jest niemal reporterskim zapisem ich spotkania. Oto dwóch niezależnych artystów postanawia stanąć razem na scenie. Znają się z widzenia, a właściwie regularnego widywania od ponad dwóch dekad. Podzielają zainteresowanie dla teatru budowanego z ruchu. Ponad wszystko ukochali absurd, czerpiąc z niego pełnymi garściami i w Teatrze Cinema (Kochanowski), i w Teatrze Dada von Bzdülöw (Bzdyl). Obaj obdarzeni zostali przez los ponadprzeciętnym talentem aktorskim, błyskotliwą inteligencją, wyrafinowanym poczuciem humoru, fantastyczną wyobraźnią i całym mnóstwem wdzięku. Obaj opanowali liczne teatralne konwencje oraz mowę ciała, a także jego świadomość w stopniu znaczne wyższym niż większość śmiertelników.

Na miejsce ich artystycznej schadzki wyznaczona zostaje Scena Robocza. Łatwo sobie wyobrazić, że musieli napalić w kominku, bo zimno. Zaparzyć herbatę, bo od czegoś trzeba zacząć. Usiąść obok siebie na kanapie, bo ile można stać. Napalili. Zaparzyli. Usiedli.

Teraz czas na konwersację, bo jak długo można milczeć.

Cała prawda narracji

– Mężczyzna?

– Król. Ojciec.

– Chłopiec?

– Młodzieniec.

– Dziewczyna?

– Córka.

– Matka?

– Matki nie ma.

Tak zaczyna się zabawa w skojarzenia. Wytyczanie granic konwencji i ich przekraczanie. Gra w archetypiczne kody. Pojedynek na słowa i ciała. Bitwa między pychą a pokorą. Walka z czasem. Wojna ramię w ramię, ale też oko za oko. Tak zaczyna się teatr stwarzany z niczego, w którym stać się może wszystko, choć nie wszystko zostanie pokazane, a każdy będzie mógł zobaczyć co innego. Aż do końca.

Ale za wcześnie na koniec. Jest jeszcze dużo do opowiedzenia. Na naszych oczach urodzi się język właściwy tylko dla tego miejsca, tego czasu, tej sytuacji. Nieprzekładalny na inne języki. Panowie zdają się w nim pleść trzy po trzy, na chwilę łapią jeden wątek, by zaraz go porzucić albo tak się w nim zapętlić, że będzie wracał obsesyjnie aż do zawrotu głowy. Dokąd tak pędzimy?

Cała prawda wyobraźni

Szczotki i pognieciony papier posłużą do rozegrania brawurowej partii bilardowej pomiędzy królem a młodzieńcem. Woda z czajnika rozleje się w jezioro, w którym wykąpią się córki króla. Ręcznik będzie rączym rumakiem rzucającym się w pogoń za zbiegłym młodzieńcem i wybranką jego serca. I tak dalej, i tym podobne, i patataj, patataj!

Przez czerwoną salę baraku przetaczają się wciąż nowe postaci płci obojga. Zdarzenia następują po sobie w zawrotnym tempie, a akcja obfituje w dramatyczne zwroty. Humor tryska fontannami kolorowych fajerwerków. A przecież wciąż jest tu tylko ten sam kominek, kanapa… Dwóch aktorów. I my na widowni – już zagarnięci przez tę sytuację. Już w nią wpisani. Naznaczeni. Jaka cudowna przygoda! Jakie miłe łaskotanie mózgowych zwojów! Jakaż przyjemność!

Jest w tym jakiś sens? Czy to kabaretowa na poły inscenizacja baśni, oprawiona w erudycyjny kontekst esejów Italo Calvino? Tak. Czy to opowieść o (bardzo!) twórczym spotkaniu Kochanowskiego i Bzdyla? Tak. Czy to kolejne rozdziały naszych własnych znajomości? Tych, które kończą się pod drzwiami, a wyjścia są dwa: osobne? Tych, kiedy ktoś wychodzi, a ktoś zostaje albo odwrotnie? Tych wreszcie, które trwać będą na wieki – jak baśń – w barakach będących całym światem, raz otwartych, a raz zamkniętych dla świata?

Cała prawda…

O tym niech każdy milczy sam. Bo sami zostajemy po zabawach, grach, pojedynkach, bitwach, walkach i wojnach, fascynujących podróżach w nieznane, a także spotkaniach, które odmieniają nasze życie. Sami wobec siebie. Wobec króla. Wobec słońca. Wobec…

Każdy widzi co innego, ale zawsze można się spotkać (niezależnie od różnic płci), choćby po to, żeby opowiadać sobie baśnie.

Każdy widzi co innego albo… kocha (niezależnie od tego, czy to jest baśń o miłości), choćby po nic.

Strona festiwalu: http://www.klamra.umk.pl/

powiązane

Zespoły

Organizacje

Festiwale

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej.

Close