W recenzji Jestem miłością I Alicja Müller napisała, że jesteś samotną wyspą na mapie polskiego tańca[i], tego samego określenia użyła Julia Hoczyk, kiedy proponowałam jej ten wywiad. Czy ty też określiłabyś się w ten sposób?

Myślę, że moja twórczość jest nieco inna od tego, co robi reszta środowiska tanecznego, chociaż oczywiście to pewna generalizacja, bo każdy artysta ma swoją ścieżkę. Niemniej nie wpisuję się w trendy obowiązujące w polskim tańcu. Taniec współczesny jako taki już dawno przestał mnie interesować. Na trzecim roku studiów poczułam, że chcę szukać czegoś innego, że stare kable w mojej głowie już nie stykają.

Wersja do druku

Udostępnij

Kiedyś chciałam być tancerką, brałam nawet udział w naborach do zespołów Ultima Vez i Jasmin Vardimon Company. Na pewnym etapie rozwoju bardzo chciałam ruszać się tak, jak ci tancerze, chciałam też tańczyć w zespole. A później mi przeszło. Ważną inspiracją było dla mnie spotkanie z Chrisem Haringiem [założycielem grupy Liquid Loft – przyp.red]. Najpierw zobaczyłam jego prace w szkole w Linzu, a później poznałam go osobiście na warsztatach w Starym Browarze i od pierwszego momentu wytworzyła się między nami artystyczna chemia. Potem za namową Marcina Janusa wzięłam udział w konkursie Solo Projekt, co na początku było dla mnie onieśmielające, bo nie czułam się pewnie jako twórczyni. Tamta praca nie wydawała mi się zresztą wówczas ciekawa, dopiero później zrozumiałam, że dużo się przy niej nauczyłam. Potem nastąpiło moje rozejście z Marcinem w życiu prywatnym i zawodowym, wtedy wreszcie zaczęłam robić swoje rzeczy. To początkowo było trudne, bo miałam świadomość, , że to ,co robię, różni się od tego, do czego przyzwyczajeni są widzowie. Obecnie coraz częściej włączam do swoich projektów elementy pozataneczne, bo czuję, że wyłącznie przy użyciu ruchu nie powiem tego, co chcę powiedzieć. Takie podejście jeszcze bardziej utrudnia mi samookreślenie. Kim jestem? Tancerką? Reżyserką? Osobą, która tworzy teatr? Sama nie wiem, jak się nazwać i nie wiem, czy jest mi to potrzebne. Często natomiast czuję, że nie jestem tak do końca mile widziana w środowisku tanecznym, bo w moich spektaklach jest za mało ruchu. Do teatru nie pasuję, bo wywodzę się ze świata tańca i gdy spojrzy się z tej perspektywy, w moich projektach  jest za dużo ruchu, a za mało słowa. Nie wiem, czy czuję się samotną wyspą, ale kiedy myślę o tym, czyje prace mnie interesują, to na myśl przychodzą mi nie tancerze, a reżyser i choreograf Cezary Tomaszewski. On robi rzeczy, które do mnie trafiają i formą, i poczuciem humoru. Inspiruje mnie też Tadeusz Kantor.

Zaczynałaś tańczyć w Studiu Baletowym Opery Krakowskiej, później wyjechałaś do Austrii – do Salzburga i Linzu. Dlaczego wybrałaś studia za granicą?

Moja przygoda z tańcem współczesnym zaczęła się tak, że zobaczyłam starsze koleżanki (wśród których nota bene była Dominika Knapik) i bardzo zainteresowałam się tym, jak się ruszają. To było dla mnie coś nowego. W Operze Krakowskiej warsztaty prowadziła wtedy Monika Myśliwiec, która była świeżo po francuskiej szkole i uczyła modern dance. Wcześniej nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak taniec współczesny. Na początku lat 2000. w Polsce nie było wielu szkół tanecznych, więc zdecydowałam, że wyjadę za granicę. Zanim to się stało, chodziłam na różne warsztaty, bo chciałam jak najwięcej tańczyć. Najpierw studiowałam w Salzburgu (w szkole SEAD), ale ta szkoła była bardzo droga więc po roku przeniosłam się do Linzu (na Anton Bruckner Privatuniversität). To był okres, kiedy Polska wchodziła do Unii Europejskiej, dzięki czemu udało mi się dostać dofinansowanie i studia wyszły całkiem tanio.

Rozpoczynając edukację w Studiu Baletowym nie wiedziałaś, że nie będziesz mogła zostać tancerką baletową?

Nie, dowiedziałam już w trakcie nauki. Mój tata wymarzył sobie dla mnie karierę gimnastyczki sportowej, a ja zawsze chciałam tańczyć balet. Dla moich rodziców obie te aktywności wyglądały podobnie: tu ruch i tam ruch, więc uznali, że jednak lepsze będą zajęcia z gimnastyki. Chodziłam na nie od piątego do trzynastego roku życia. Później ubłagałam ich, żeby zapisali mnie na upragniony balet i tak trafiłam do studia Opery Krakowskiej. Tylko, że wtedy moje ciało znało już inny sposób ruchu i było tak ukształtowane, że na karierę profesjonalnej tancerki klasycznej nie miałam szans. Tak naprawdę cieszę się, że tak się stało, bo dziś wiem, że świat baletu to nie jest mój świat. Poza tym, jak mówiłam, odkryłam modern dance, a potem taniec współczesny.

Jak wygląda Twój typowy proces pracy nad spektaklem?

Zaczyna się od tego, że jakiś temat albo problem bardzo mnie poruszy. Pełni on rolę matrycy, staje się punktem wyjścia. Kiedy już wiem, czym będę się zajmować, rozpoczynam proces eksploracji: oglądam filmy, czytam książki, obserwuję rzeczywistość. Bardzo lubię ten etap researchu. Dla każdego projektu zakładam zeszyt, do którego wklejam inspiracje i robię w nim kolaże. Bardzo ważne jest dla mnie to, żeby był on estetycznie prowadzony, dlatego bardzo starannie piszę , używam też kolorowych długopisów i zakreślaczy.  Zapisuję wszystko, co może być inspiracją, na przykład zdania zasłyszane na ulicy, obserwacje, cytaty. Kiedy czuję, że etap zbierania materiału się wyczerpał, przeglądam zeszyt i zaczynam przekładać go na formę sceniczną. Od kilku lat nagrywam też filmiki, których używam do rejestrowania rzeczywistości i moich przemyśleń. One też są formą researchu, potem do nich wracam. Z czasem wszystko to zaczyna układać się w całość, jestem wtedy w strumieniu tworzenia. Przypomina to cud: czuję, że jestem jakimś przetwornikiem, medium, przez które przechodzi coś ważnego. Bardzo istotna jest też ostra selekcja tego, co ostatecznie zostanie pokazane na scenie – jakbym wybierała ruch pęsetą. Wszystko musi mieć sens. Wariackie popisy, machanie nogami, piruety, przewrotki przez bark, które kiedyś na mnie działały, już mnie nie interesują. Im dłużej się rozwijam, tym bardziej mi zależy, żeby to, co chcę przekazać w spektaklu, było jak najbardziej klarowne, żeby dotarło do widza. Chociaż oczywiście wiem, że tworzę dla specyficznej publiczności, zainteresowanej sztukami performatywnymi, bo widz innego rodzaju nawet nie dowie się o istnieniu moich spektakli.

Od niedawna mam przyjemność pracy z aktorami i tancerzami, co niezwykle poszerza pole manewru w procesie twórczym, szczególnie jeśli ma się do czynienia z inteligentnymi i kreatywnymi artystami. W mojej ostatniej pracy Marta Wołowiec i Karol Miękina pracowali samodzielnie z tematami, które im zaproponowałam. Ja tylko nakładałam drobne poprawki tak, aby wszystko ładnie ułożyło się w całość. Rezultat tej współpracy jest dla mnie niezwykle ciekawy i inspirujący.

W czasie tworzenia pierwszej i drugiej części Jestem miłością pracowałaś z dramaturżką Darią Kubisiak. Jaka była jej rola w procesie twórczym?

Darię poznałam na warsztatach, które prowadził jeden z aktorów Tadeusza Kantora. Zanim zaczęłyśmy robić razem przedstawienia, Daria często zapraszała mnie do pracy przy swoich egzaminach w szkole teatralnej, gdzie studiowała dramaturgię. To była dla mnie okazja do rozwoju warsztatu aktorskiego, a przy okazji świetna przygoda. Później doszłyśmy do wniosku, że może powinnyśmy połączyć siły. Projekt Jestem miłością powstał z inspiracji lekturą książki Zakonnice odchodzą po cichu Marty Abramowicz. Na początku chciałyśmy, za autorką, opowiedzieć właśnie o zakonnicach, które odchodzą z Kościoła, ale w czasie prac zaczęłyśmy rozmawiać o naszych doświadczeniach, o wychowaniu w katolickich rodzinach i o tym, jak to na nas oddziałuje. Zastanawiałyśmy się nad tym, co dzieje się z kobietami w Polsce dojrzewającymi pod kloszem religii. Podsuwałyśmy sobie nawzajem filmy i książki. Daria napisała tekst, a w pierwszej części spektaklu obie pojawiamy się na scenie. Nasze role w projekcie się przenikały: nie mogłabym powiedzieć, że Daria jest samodzielną autorką dramaturgii, czy też, że ja jestem samodzielną autorką choreografii. Dzięki mnie ona zatańczyła na scenie, a ja dzięki niej zaczęłam na scenie mówić. To był dla mnie przełom. Już wtedy trochę dusiłam się w skorupie tancerki i szukałam nowych przestrzeni rozwoju. Daria pokazała mi, że poprzez słowo mogę lepiej wyrazić to, o co mi chodzi.

Dlaczego grasz w swoich spektaklach? Nie masz potrzeby zrobić przedstawienia, w którym będziesz tylko reżyserką?

Zadajesz mi to pytanie w dobrym momencie. Pojawiałam się w swoich spektaklach, bo lubiłam to robić. Na początku to był mój główny cel: być tancerką, być na scenie. Później zaczęłam się spełniać jako performerka w rolach tragikomicznych i wciąż dobrze się czułam, gdy stawałam przed widzami. Miałam poczucie, że kiedy wychodzę na scenę, cały świat należy do mnie, że mogę tam zrobić wszystko, że występowanie to mój dar i powołanie. Nie wiem, na ile to dobra intuicja, ale ostatnio coraz mocniej czuję, że to zaczyna się zmieniać. Przy Jestem miłością II, gdzie grają też trzy inne osoby, czułam, że jestem wyczerpana, bo mam za dużo obowiązków. W czasie premiery Jestem miłością III także myślałam tylko o tym, że chcę już wrócić do domu, do swoich kotów, bo nie dość, że stresowałam się wszystkimi technicznymi aspektami przedstawienia, to jeszcze musiałam dawać z siebie wszystko podczas występu. Ten spektakl jest wymagający fizycznie, ma wyczerpującą choreografię (na przykład wstajemy i kładziemy się na podłodze kilkanaście razy z rzędu), w dodatku gramy w kostiumach, które utrudniają ruch i strasznie się w nich pocimy. Chociaż niekiedy mam poczucie, że to w mojej osobie najpełniej odbija się proces twórczy, coraz częściej myślę również, że powinnam go zostawić innym osobom, które pokażą to, co jest do pokazania równie dobrze, a może nawet lepiej, a ja będę miała mniej zmartwień. Granie i ogarnianie wszystkiego dookoła, żeby spektakl mógł dojść do skutku, to za dużo dla jednej osoby. Przygotowując przedstawienia solowe, nie musiałam koncentrować się na innych osobach. Sama wiem, co umiem, a czego nie, co mogę i czego nie chcę. O innych tego nie wiem. Praca z tancerzami na początku była więc dla mnie przerażająca. Musiałam nauczyć się prowadzić ich tak, żeby wydobyć to, co najlepsze, nie naruszając jednocześnie ich strefy komfortu. Moje prace opierają się na szczerości do bólu, na odsłanianiu prawdy o sobie, zatem ryzyko przekroczenia granic było realne. Pracy z aktorami uczyłam się trochę od Darii. Możliwe, że to jest dla mnie kolejny etap: kiedy już nacieszyłam się byciem na scenie, praca z tancerzami stanie się dla mnie czymś nowym, co przyniesie mi radość i pozwoli odpuścić występowanie w spektaklach. To będzie proces, będę musiała przeżyć żałobę, tak jak przeżywałam żałobę po byciu tancerką. Moje ciało podpowiada mi, że czas już odpuścić, a ja ciągle się trochę bronię.

Lubisz rozśmieszać widzów?

W spektaklach często podejmuję poważne, trudne tematy. Na przykład w Jestem miłością III opowiadamy o konfrontacji ze swoim Cieniem ( w rozumieniu jungowskim). Tragikomiczna forma pozwala mi zdjąć ciężar z tej opowieści. Ubieram poważne sprawy w żarty, ale oczywiście nie na każdego to działa. Mam koleżanki, które powiedziały, że ten spektakl w ogóle nie był dla nich zabawny, a ostatnią scenę odebrały jako inwazyjną próbę rozśmieszenia widzów. Tylko że ja, kiedy patrzę na filmiki, które w czasie prac nad przedstawieniem kręciliśmy z Karolem Miękiną i Martą Wołowiec, widzę, ile razem się śmialiśmy i jaką mieliśmy frajdę z tworzenia. Wracając do pytania: tak, lubię rozśmieszać, ale śmiech nie jest w moich spektaklach celem samym w sobie. Zawsze zależy mi na dotknięciu jakiegoś większego tematu, ale nie chcę, żeby ludzie wychodzili z moich przedstawień skrajnie przygnębieni. Nie chcę być jak Lars von Trier albo Wojciech Smarzowski, chociaż uważam, że są świetnymi reżyserami i kręcą ważne filmy. Jednak po ich obejrzeniu przez tydzień nie mogę funkcjonować normalnie. To dla mnie za dużo. Lubię żartować, cieszę się, że ktoś się śmieje na moich spektaklach, chociaż mam też momenty, kiedy zastanawiam się, czemu akurat teraz to robi. Dziwi mnie, kiedy widzowie śmieją się z rzeczy, które moim zdaniem nie są zabawne. Moje spektakle prowadzą przez różne emocje, nie są tylko do rozśmieszania.

Kiedy mówisz o widzu, trochę wychodzi z Ciebie pedagożka.

Myślałam ostatnio o tym, że moje spektakle mogą się wydawać nieco dydaktyczne, że jest we mnie potrzeba uświadamiania ludzi na temat niektórych spraw. W Jestem miłością III chcę, żeby wszyscy dowiedzieli się, że każdy z nas nosi w sobie Cień. Dla mnie to było wyzwalające odkrycie, że nie tylko ja tak mam. Kościół uznaje to wszystko za grzechy, podszepty Szatana, zamiast zaakceptować tę ciemną stronę naszej osobowości i ją obserwować. Ona nie unieważnia starań, żeby być dobrym człowiekiem. Nie chcę, żeby ludzie żyli w chrześcijańskim poczuciu winy. Ale może masz rację mówiąc, że jest we mnie jakaś pani Basia-pedagożka, która chce edukować innych.

Chodziło mi o sposób, w który mówisz na przykład o śmiechu – mam wrażenie, że chcesz kontrolować to, co robi widz. Sprawdzasz, czy nie śmieje się za bardzo, czy nie umykają mu ważne treści i emocje.

Czasami po prostu dziwię się, że kogoś aż tyle scen śmieszy. Myślę wtedy: tak, moje spektakle mają lekką formę, ale – „człowieku, zastanów się trochę, bez przesady”. Kiedyś czułam się zraniona i zdenerwowana tym, że widzowie odbierali moje przedstawienia w sposób, którego nie chciałam. Na przykład kiedy myśleli, że Śniło mi się, że pozostał po mnie pusty pokój to spektakl oparty wyłącznie na gagach. Zależy mi na tym, żeby dotrzeć do widza, żeby moja sztuka była zrozumiana, a nie tylko dawała powód do śmiechu. Oczywiście nie robię na scenie wykładów. W Jestem miłością III pojawiają się pewne zarysy tematów: Cień, śmierć, depresja. Mimo wszystko widz musi sam sobie poskładać sensy.

We wszystkich częściach Jestem miłością pojawiają się projekcje przygotowanych wcześniej materiałów filmowych. Co interesuje cię w pracy łączącej zapis wideo  i żywy performans?

W pewnym momencie odkryłam, że w filmikach jest coś ciekawego. Można w nich umieścić dużo treści, a jednocześnie pełnią funkcję projekcji obrazów zapisanych w podświadomości, co jest szczególnie ważne w kontekście moich prac. Ich pojawienie się w przedstawieniu uruchamia grę między fikcją a realnością. Na przykład w Jestem miłością III mamy nagrania, w których Karol i Marta wygłaszają swoje monologi, leżąc na łóżku. To rodzi pytanie, czy oni mówią wtedy prawdę o sobie, czy wręcz przeciwnie – grają. Na początku przedstawienia pojawia się projekcja, na której widać Karola siedzącego w dziwnym, brzydkim miejscu. To miejsce jest dla mnie metaforą podświadomości, czegoś, czego o sobie nie wiem, a często też nie chcę wiedzieć. Nie umiałabym tego pokazać na scenie, więc pomagam sobie obrazem filmowym. Możliwe zresztą, że w przyszłości pójdę w stronę robienia filmów. Skoro mogłam z gimnastyczki sportowej stać się reżyserką, to kto wie, w kogo jeszcze wyewoluuję? Dzięki pracy nad etiudą Escape Room dostrzegam , że film ma wiele zalet. Na przykład to, że wkłada się w niego dużo pracy, ale kończy się ona w wyraźnie ustalonym miejscu. Powstaje gotowe dzieło, które można pokazywać dalej i ja już nic przy nim nie muszę robić. Żaden spektakl nie da mi takiej możliwości.

Czym jest Escape Room?

To projekt, który powstał na zaproszenie Anny Bajjou. Choreografię wykorzystaną w filmie zrealizowałam siedem lat wcześniej z Pauliną Wysocką do spektaklu Śniło mi się, że pozostał po nas pusty pokój. Paulina pierwotnie występowała również ze mną na scenie. Tym razem w nagraniu wziął udział Karol Miękina, co zmieniło kontekst całości. Tematem jest spotkanie z innym, obcym, kimś, kogo się boimy, od kogo chcemy uciec. To może być wyznawca innej religii, ktoś, kto ma poglądy polityczne różniące się od naszych, ma odmienne pochodzenie etniczne czy orientację seksualną. Motorem do powstania nowej wersji stał się tekst Kapuścińskiego pt. Inny.

Fotel, na którym teraz siedzę, był elementem scenografii w Jestem miłością III. Skąd bierzesz pozostałe kostiumy i rekwizyty, które grają w Twoich przedstawieniach?

Ten fotel reprezentuje styl vintage, który bardzo lubię. Podoba mi się, że ma jakąś swoją historię, że ktoś z niego wcześniej korzystał. Nowe rzeczy nie przemawiają do mnie w ten sposób. Kostiumy do przedstawień kupuję w sklepach z używaną odzieżą, albo właśnie w sklepach vintage, gdzie ubrania są już wyselekcjonowane i zwykle zrobione z pięknych materiałów. Oczywiście wybieram kostiumy z drugiej ręki także ze względów ekonomicznych. Mam też swoje ulubione miejsca, na przykład kapelusze i fascynatory kupuję w Krakowie przy ulicy Długiej. Jest tam taki sklep z duszą, osoby, które w nim pracują, wydają się pochodzić z innej epoki. To artystki, które potrafią porozmawiać z klientem, żeby dobrać produkt do jego potrzeb. Do spektaklu Śniło mi się, że pozostał po nas pusty pokój wymyśliłam kombinezony kosmiczne, które pomogła mi narysować kostiumografka i które potem zostały uszyte przez krawcową – Krystynę Szczepan, byłą pracowniczkę Teatru Słowackiego. Oczywiście za to trzeba było więcej zapłacić, ale myślę, że było warto. Poza tym chyba tylko jeszcze raz się zdarzyło, żebym w spektaklu miała szyte kostiumy. Często natomiast biorę do przedstawień ubrania, w których chodzę na co dzień. Początkowo wynikało to z tego, że miałam bardzo mało pieniędzy i musiałam sobie jakoś radzić. Potem pomyślałam, że korzystanie z używanych przedmiotów i ubrań jest ciekawe. W fotelu, na którym teraz siedzisz, tworzyłam Jestem miłością III i dlatego to było dla mnie ważne, żeby pojawił się w przedstawieniu. Dzięki temu moje życie prywatne i moja sztuka przenikają się. W Jestem miłością III Karol gra w dresie, w którym na co dzień prowadzę zajęcia z dziećmi. Marta nosi na głowie kapelusz, w którym występowałam w Escape Room. To była świadoma decyzja, bo przechodzenie rekwizytów pomiędzy przedstawieniami oraz pomiędzy życiem a spektaklem jest częścią mojego procesu twórczego.

Niedawno (w grudniu 2021 roku) miała miejsce premiera Jestem miłością III. Jestem miłością I i Jestem miłością II powstały w tym samym, 2018 roku. Pierwsze przedstawienie miało premierę w marcu, drugie w listopadzie. Od razu wiedziałaś, że to będzie dłuższy projekt?

Nie. Nie wiedziałam też, że zrobi się z tego trylogia.

Powstaną dalsze części?

Nie, raczej nie. Chciałabym już zamknąć ten temat, bo mam poczucie, że go wyeksploatowałam. Praca nad każdą z części była dla mnie zaskakująca. Wychowywałam się w chrześcijańskiej rodzinie, chodziłam na lekcje religii, więc presja bycia dobrym człowiekiem była we mnie zawsze bardzo silna. Przedstawienia z cyklu Jestem miłością były dla mnie szansą na prowadzenie rozważań nad ludzką naturą. Jaka ona jest? Z czym najbardziej się zmaga? Z jakimi instynktami musimy się nieświadomie konfrontować? Czym jest dobro, a czym zło? Jak widzisz, lubię analizować jedną rzecz na milion różnych sposobów.

Każda z części Jestem miłością przygląda się miłości od trochę innej strony. Część pierwsza dotyczy miłości ujmowanej w znaczeniu religijnym, miłości do Boga i przynależności do Kościoła. Druga opowiada o relacjach damsko-męskich uwikłanych w mechanizmy patriarchatu. Trzecia jest, jak mi się wydaje, o relacji człowieka z samym sobą.

To jest właśnie naturalny sposób, w jaki ewoluowało moje zainteresowanie tematem. To też zapis kontekstów, w jakich umieszczałam hasło „jestem miłością”. Pierwsza część rzeczywiście opowiadała o Kościele katolickim i o kobietach, które są w tę instytucję uwikłane. W drugiej części poszłyśmy tropem, który zaproponowała Daria, chociaż ja miałam wątpliwości, czy opowiadanie o relacjach damsko-męskich nie będzie trochę zbyt oczywiste. Bałam się, że spektakl będzie infantylny. Z drugiej strony po premierze pierwszej części doszły mnie głosy, że niektórym widzom brakowało w spektaklu opowieści o mężczyznach, którzy przecież też są poszkodowani przez patriarchat. To sprowokowało mnie do zastanowienia się nad tym, jak w społeczeństwie formułowane są oczekiwania wobec mężczyzn. Interesowało mnie też to, jak przemiany społeczne, kulturowe i obyczajowe wpływają na relacje damsko-męskie.

Uważasz, że robisz teatr polityczny?

Kiedy tworzę, nie myślę o tym, jaki teatr robię, ale ktoś kiedyś już mnie pytał o to, czy mam świadomość, że moje przedstawienia mogą być odczytywane politycznie. I oczywiście może tak być. Tylko że wszystkie zawarte w nich tematy wypływają ze mnie, z tego, co się dzieje ze mną i tego, co mnie interesuje. Jeśli coś zaczyna mieć zabarwienie polityczne, to w porządku, ale to nigdy nie jest moim głównym celem. Polegam na intuicji.  Tworząc przedstawienia, staram się szczerze i uczciwie zaglądać w głąb siebie – czasami jestem zaskoczona tym, co z tego powstaje. Myślę natomiast o tym, jak dane sceny zostaną odczytane i staram się wykazywać odwagą cywilną. W pierwszej części Jestem miłością cytujemy wypowiedzi świętych na temat kobiet. Dla mnie te cytaty są przerażające i zabawne jednocześnie, ale jeszcze w nocy przed premierą dyskutowałyśmy z Darią, czy powinnyśmy ich użyć. Czułam, że to jest wchodzenie w rewir, który może być polityczny. Ten spektakl jest mocno feministyczny, ale powiedziałabym, że stało się to mimochodem.

Nie chcesz zadeklarować, że jesteś feministką?

Zawsze się przed tym broniłam, chociaż już któryś raz słyszę, że poglądy feministyczne są bardzo wyraźnie widoczne w moich spektaklach. One wynikają u mnie, pewnie tak samo jak u innych, z obserwacji rzeczywistości, z potrzeby wyjścia poza schemat stereotypowej kobiecości. Tak więc wychodzi na to, że jestem feministką, ale to jest moje odkrycie dokonane w procesie twórczym, a nie coś, z czym weszłam do teatru. Zobaczymy, gdzie to odkrycie dalej mnie poprowadzi. Może uznam, że trzeba zrobić rewolucję? Kiedy wchodzę w żywioł tworzenia, czuję się prowadzona przez coś, co nazywam siłą wyższą. Ufam, że ona wybierze dla mnie drogę.

Wspomniałaś, że inspirujesz się twórczością Tadeusza Kantora. Czy to nie jest trudne do pogodzenia z feministycznymi poglądami?

Staram się rozdzielić to, co Kantor tworzył od tego, jaki był. Wiem, że był przemocowy i że jego relacje z aktorami były skomplikowane. To oczywiście mi się nie podoba i nie jestem zwolenniczką jego metod pracy. Próbuję natomiast oddzielić tę wiedzę od tego, co widzę na rejestracjach z jego przedstawień. To trudne, bo im więcej wiemy na temat twórcy, tym bardziej rzutuje to na nasze postrzeganie jego dzieł. Największą fascynację Kantorem przeżywałam jako młoda, naiwna dziewczyna. Interesował mnie sposób, w jaki patrzył na sztukę, czytałam jego pisma. Potem, prawdę mówiąc, zaczął mnie trochę wkurzać. Zaczęłam widzieć w nim megalomana, który umie dostrzec tylko własne cierpienie. Wiem jednak, że taka postawa musi wynikać z niskiego poczucia własnej wartości. Bardzo inspiruje mnie psychologia, bo pozwala wytłumaczyć wiele zjawisk i procesów, właśnie z jej pomocą zaczęłam patrzeć na megalomańską postawę Kantora jak na przejaw innego problemu.

Jestem miłością III powstało w ramach Stypendium Twórczego Miasta Krakowa – czyli za bardzo niewielkie (biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia) pieniądze. Jak sobie radzisz z małymi budżetami?

Kiedy czuję, że mam coś do powiedzenia, zaczynam tworzyć bez pieniędzy. Śniło mi się, że pozostał po nas pusty pokój to spektakl, który powstał bez budżetu, dopiero później zarobiłam na nim jakieś symboliczne pieniądze. W przypadku Jestem miłością III z inicjatywą wyszła Marta Wołowiec, która chciała podjąć ze mną współpracę. Mnie już wtedy krążyły po głowie pomysły na trzecią część cyklu. Marta zdecydowała się na pracę, kiedy jeszcze nie miałyśmy zapewnionych żadnych funduszy. Krakowskie Centrum Choreograficzne dało nam salę, obsługę techniczną i wsparcie finansowe na wynagrodzenia dla tancerzy, a dziewczyny, które tam pracują, pomogły mi napisać wniosek o stypendium do Urzędu Miasta Krakowa. Te pieniądze bardzo mi pomogły, bo przez pandemię byłam trochę zadłużona. Dopiero niedawno, po raz pierwszy w życiu zaczęłam pracować na etacie – prowadzę zajęcia dla dzieci w Centrum Młodzieży im. Henryka Jordana, wcześniej mogłam liczyć tylko na umowy śmieciowe. Dzięki stypendium mogłam też pokryć część kosztów związanych z projektem.

Nie masz żalu, że nie udaje ci się zarabiać na robieniu teatru?

Nie, już się z tym pogodziłam. Ale jest mi przykro, że dostaję mało zaproszeń na festiwale i moje spektakle, w które wkładam dużo pracy, są bardzo rzadko pokazywane.  Możliwość prezentacji mojej sztuki w różnych miejscach, niekoniecznie tylko na festiwalach tanecznych – bo, jak ustaliłyśmy, nie jestem typową przedstawicielką teatru tańca – byłaby dla mnie największą nagrodą.

Średnio ile razy udaje Ci się pokazać jeden spektakl?

Pięć, sześć razy i to zwykle w przeciągu dwóch, trzech lat. Wyjątkiem było 3-Dance, które było prezentowane w ramach Polskiej Platformy Tańca. Jestem miłością II miało tylko dwa pokazy, bo zaczęła się pandemia i teatry stanęły. Na szczęście powstało dobrej jakości nagranie, które może kiedyś przedłuży życie tego projektu.

[i] Por. Alicja Müller, Schizofreniczny Bóg – o spektaklu Barbary Bujakowskiej i Darii Kubisiak, taniecPOLSKA.pl, 25 kwietnia 2018, https://taniecpolska.pl/krytyka/schizofreniczny-bog-o-spektaklu-barbary-bujakowskiej-i-darii-kubisiak/

Barbara Bujakowska „Jestem miłością III”. Fot. Tomasz Ćwiertnia

Barbara Bujakowska „Jestem miłością III”. Fot. Tomasz Ćwiertnia

Barbara Bujakowska „Jestem miłością III”. Fot. Tomasz Ćwiertnia

Barbara Bujakowska „Jestem miłością III”. Fot. Tomasz Ćwiertnia

Barbara Bujakowska „Jestem miłością III”. Fot. Tomasz Ćwiertnia

Barbara Bujakowska „Jestem miłością III”. Fot. Tomasz Ćwiertnia

Wydawca

taniecPOLSKA.pl

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej.

Close