Liwia Bargieł (ona/jej) Tancerka, choreografka, doktor sztuki w dziedzinie Sztuk Teatralnych. Współpracowała m.in. z Carolin Finn, Guilherme Botelho Ula Sickle, Wojciechem Kościelniakiem, Waldemarem Raźniakiem, Lilianną Krych czy Elwirą Piorun. Poznaliśmy się w 2019 roku podczas warsztatów na festiwalu Deltebre Dansa w Hiszpanii, gdzie razem z Danielą Komenderą-Miśkiewicz byliśmy reprezentacją polskich rudzielców, a wraz z Iloną Gumowska ćwiczyliśmy akrobacje po godzinach. Niecały rok później, gdy umówiliśmy się na spacer, okazało się, że wiele się zmieniło, w dużej mierze przez pierwszą falę pandemii. O tym wpłynął na nią lockdown, jak kształtował ją proces edukacji, a czego musiała nauczyć się sama, dowiecie się z naszej rozmowy.

Wersja do druku

Udostępnij

O studiowaniu poza Polską


Wybierając uczelnię, brałam pod uwagę przede wszystkim te znajdujące się w Anglii. Wiedziałam, że znajomość języka ułatwi mi porozumiewanie się, a dodatkowo bardzo chciałam poznać ten kraj. Rozważałam Northern School of Contemporary Dance w Leeds oraz The Place w Londynie, gdzie byłam na audycji i kompletnie mi nie poszło. Prawie przewróciłam się w swoim solo i byłam spięta do tego stopnia, że na pytanie „Czy chce Pani nam opowiedzieć coś o sobie i swoim solowym materiale, który przygotowała?”, odpowiedziałam krótko – „nie”, czym sama sobie strzeliłam w kolano. Podczas audycji do Trinity Laban Conservatoire of Music and Dance byłam bardziej zdeterminowana. Wiedziałam, że jeśli zrobię coś idiotycznego, to najwyżej nigdy więcej mnie tam nie zobaczą. Miałam zupełnie inne podejście, więcej otwartości na zadawane zadania. Przed studiami mój pogląd na taniec współczesny był bliski estetyce tańca jazzowego. Wynika to z mojej ścieżki tanecznej, czyli bycia częścią zespołów Caro Dance w Siedlach i Egurrola Dance Studio w Warszawie. Oglądałam jednak dużo spektakli alternatywnych, na przykład przedstawienia prezentowane w nieistniejącym już Teatrze Małym w Warszawie, gdzie odbywał się międzynarodowy festiwal Rozdroże. Oglądałam tam spektakle taneczne z całego świata i zafascynowała mnie abstrakcja na scenie. Zrozumiałam, że w tańcu nie chodzi tylko o to, by w krótkim czasie wykonać jak najwięcej trudnych i efektownych elementów, że też może być sztuką.

W Trinity Laban ukończyłam studia licencjackie w 2010 roku. Na edukację na poziomie magisterskim nie było mnie już stać. Jestem wdzięczna za te studia, wiele mi dały. Przyszłam do szkoły z wiedzą, jaką zdobyłam w Studio Taneczno-Aktorskim Hanny Kamińskiej w Warszawie. Dowiedziałam się, że byłam szkolona bez zwracania jakiejkolwiek uwagi na moje naturalne warunki, więc tańca klasycznego musiałam się właściwie nauczyć na nowo. W Londynie natomiast nauczyli mnie zdrowego ruchu, zrozumiałam zasady techniki tańca klasycznego i współczesnego, dowiedziałam się, co to znaczy budowanie spójnego języka ruchowego na potrzeby występu oraz jak dobierać jakości ruchowe do przekazania konkretnego zamysłu chorograficznego. Ukończyłam szkołę z poczuciem, że mam wytrenowane ciało i że podjęłam już pewne wybory estetyczne, dotyczące tego, co mi się podoba i czym chcę się zajmować. Mimo to nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Trinity Laban to nie jest miejsce, które jasno określa, co będzie się w życiu robiło, choć w sumie nie wiem, czy jakakolwiek  szkoła to robi…

O marzeniach i realiach

Szkoła na pewno nie uzbroiła mnie w pewność siebie. Na moim roku było dużo osób, w tym mnóstwo dziewczyn, a więc spora konkurencja. W każdej sali były szklane drzwi, przez które mogliśmy być nieustannie podglądani. Byłam wtedy młodą, niedojrzałą osoba, z niskim poczuciem własnej wartości. Na moim roku nie było innych Polaków, więc odczuwałam brak swojej społeczności narodowej. Moja sytuacja finansowa była bardzo ograniczająca. Uwielbiam Londyn, ale to wyjątkowo drogie miasto i razem z moją mamą, która niesamowicie mi pomagała, musiałyśmy temu sprostać. Nie stać mnie było na dodatkowe lekcje, chodziłam głównie na bezpłatne wystawy w galeriach, bo te kilkanaście funtów na bilet musiałbym odjąć z budżetu na jedzenie.

Po studiach wróciłam do Polski, ale to nie był mój pierwotny plan. Teraz już nie wstydzę się przyznać, że wróciłam ze strachu. Czułam, że takich jak ja w Londynie i Wielkiej Brytanii są tysiące. Nie potrafiłam znaleźć w sobie walorów, które mnie wyróżniają. Już w trakcie edukacji mówiono nam, żebyśmy rozważyli wyprowadzkę z Londynu, np. do Berlina, bo rynek pracy w Anglii jest przepełniony,  a próby rzadko kiedy są płatne, że musimy być przygotowani na to, iż sytuacja finansowa zmusi nas do tego, by pracować poza zawodem, w barze etc. Takie informacje dostawałam, kończąc szkołę i to mnie przeraziło. Zawsze chciałam tańczyć, nie miałam planu B. Wizja tego, że musiałabym znaleźć pracę dzienną, by mieszkać w marnej strefie Londynu, tylko po to, by ledwo przeżyć z miesiąca na miesiąc, nie była tym, czego chciałam. Wróciłam więc do Polski, bo wiedziałam, że mam tu dach nad głową, rodzinę i miejsce, gdzie przez chwilę mogę przestać walczyć, odpocząć po trzech latach studiowania, pomyśleć, co dalej. Czasami żałuje, czasami nie, gdybanie jest wpisane w naturę ludzką, staram się nad tym nie zastanawiać.

O punktach zwrotnych

Będąc na trzecim roku, pojechałam do Berlina na audycję do spektaklu Johannesa Wielanda. To było moje pierwsze profesjonalne przesłuchanie. Odpadłam. Odrzucając ludzi, Johannes mówi im, dlaczego to zrobił. Mnie powiedział, że mam wszystko: dobrze tańczę, dobrze wyglądam, ale że tak się boję, że widać, iż nie jestem jeszcze gotowa. Wtedy zdałam sobie sprawę, że swoim strachem sabotuje własny rozwój. Kilka lat później, w 2012 roku, pojechałam do Krakowa na warsztaty Christine De Smedt,  organizowane przez Instytut Muzyki i Tańca. Założyłam sobie, że to dobry moment, by zacząć z otwartością wychodzić naprzeciw sytuacjom, które nie do końca były dla mnie komfortowe. Jednym z zadań była choreografia krzyku. Mieliśmy siedzieć i po kolei każdy miał się wydrzeć. Postanowiła się nie ograniczać, powiedziałam sobie „wóz albo przewóz” i darłam się tak, jakby obdzierali mnie ze skóry. To przyniosło niesamowite uwolnienie, coś we mnie pękło. Poczułam, że skoro już mogę publicznie krzyczeć wśród ludzi, zarówno znanych, jak obcych, których podziwiam, to znaczy, że mam w sobie siłę. Z tym poczuciem pewności siebie zaczęłam jeździć na festiwale i poznawać nowych ludzi. Pracowałam nad tym, by siebie nie dyskredytować, by nie umniejszać swoich umiejętności, by nie oceniać siebie i być otwartym na nowe spotkania. To był dla mnie punkt przełomowy, ta otwartość pomogła mi dostać się na rynek pracy w Polsce i sprawiła, że audycje kończyły się angażem.

O byciu pedagogiem i pracy z drugim człowiekiem

Wierzę, że aby uczyć, trzeba ludzi lubić, że jak ktoś jest zgorzkniały, to nie powinien prowadzić zajęć, bo jak można przekazywać wiedzę, mając w sobie frustracje czy zawiść? Nauczani, to tak naprawdę przekazywanie pewnej pałeczki, dzielnie się swoimi sekretami, wieloletnim doświadczeniem, talentem. Trzeba chcieć to zrobić, a często miałam wrażenie, że moi pedagodzy niekoniecznie mieli na to ochotę. Na przestrzeni lat swojego treningu i edukacji spotkałam różnych trenerów, często przemocowych. Postanowiłam więc, że jako pedagog nigdy nie będę dla nikogo złośliwa, nie będę krzyczeć, poniżać, nie będę wredna. Od 2012 roku pracuję na Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, a od 2016 roku prowadzę na Wydziale Aktorskim przedmiot  Taniec współczesny. Mam główną zasadę, którą powtarzam studentom, że chcę, by na zajęciach czuli się bezpiecznie. Zajmujemy się czymś tak abstrakcyjnym jak taniec, że nie mogą się bać, bo to co robimy, wymaga nielimitowanych pokładów wiary w to, co się robi.

Całe życie się uczę, moje podejście do pracy z aktorami, czy to podczas pracy w Akademii, czy w teatrach, ewoluuje. Kiedyś przywiązywałam większą wagę do formy, do przekazywania wiedzy technicznej. Był nawet moment, gdy swoje zajęcia opierałam na strukturze lekcji tańca klasycznego. Teraz wolę obserwować ludzi i zauważać, co mają w sobie ciekawego, a formę i technikę im przemycać. Oczywiście nadal tłumaczę zasady funkcjonowania ciała, np. jak ustawić pion, jak używać centrum ciała, jak nie marnować energii, pracujemy nad koordynacją i sprawnością ruchową. Zdaję sobie jednak sprawę, że aktor to nie tancerz, ma inne mocne punkty. To często bardzo sprawni ludzie, o ciekawej motoryce i wrażliwości ruchowej. Są dla mnie inspiracją. Wzrusza mnie to, jak dają z siebie wszystko, jak zastanawiają się nad zadaniem, jak ich ciała się rozwijają podczas miesięcy naszej pracy. To mnie karmi, sprawia, że mój zawód ma sens. Bycie nauczycielem to trochę jak bycie rodzicem, dla samego siebie nie ma się taryfy ulgowej, nie zwierza się studentom, że ma się zły dzień. To oni przychodzą i mówią, że coś ich boli, że czegoś się boją, że mają wątpliwości, a nauczyciel stara się im pomóc, zaradzić ich problemom.

O reakcji na pandemię

Byłam wykończona, na skraju totalnego wypalenia zawodowego i przemęczania fizycznego. Zgadzałam się na za dużo, znacznie więcej niż byłam wstanie udźwignąć. Nie szanowałam swojego zdrowia, nie doleczałam nawracających kontuzji, nie zwracałam uwagi na stres i nerwowość, które towarzyszyły mi nieustannie. Dodatkowo bardzo odczuwałam sytuacją polityczną w Polsce, nastroje społeczne. Byłam bardzo zmęczona kwaśną atmosferą tego kraju. To wszystko mnie przygniatało. Brakowało mi harmonii.

Pandemia nauczyła mnie pokory – do zawodu, własnego ciała, energii. Zwróciłam się ku fundamentom życia, jak zdrowie, bycie w domu i bycie po prostu sobą, a nie produktem, artystką, tancerką, fitness bizneswoman. Przestałam mieć poczucie winy, że coś mnie omija. Poczułam, że mogę zobaczyć serial, poczytać książkę, wypić kawę w łóżku. Zdałam sobie sprawę, że aby tworzy,ć trzeba też żyć, obserwować, co dzieje się dookoła, mieć emocje, przemyślenia, bo inaczej, o czym będę mówić na scenie? Przestały mnie interesować konkursy tematyczne, ogłoszenia, w których można zgarnąć ogromne fundusze na realizację choreografii, ale na temat, który tak naprawdę mnie nie interesuje. Pomyślałam, że nie chcę sama siebie ograniczać. Owszem – kocham taniec i ruch, to moja pierwsza forma wypowiedzi, ale kocham też całą sztukę i jej różne media. Zaczęłam robić rzeczy, z którymi wcześniej nie miałam do czynienia, jak regularne pisanie tekstów, montowanie filmów, stanie za kamerą. Zaczęła mnie interesować joga, ale inaczej niż wcześniej, nie jako wykonywanie coraz to dziwniejszych póz, ale jej filozofia, medytacja w ruchu, sposoby wyciszania siebie. W trakcie pandemii podejmowałam działania twórcze, które mnie interesowały w danym momencie, bez zamówienia, bez terminów. Chciałabym tworzyć na bazie własnych potrzeb, jak dawanie wyrazu swojej wrażliwości, znowu się zachwycać, odkrywać, a nie nieustannie coś udowadniać.

O pandemobooku

Zauważyłam, ze mój umysł cały czas pracuje dwutorowo, tak jak bym miała dwie szuflady w głowie. Jedna z nich to „tu i teraz”, przestrzeń, w której robię swoje codzienne rzeczy. Druga zapisuje drobne sytuacje, obrazy, doświadczenia. Cały czas pracuje gdzieś z tyłu głowy, kumuluje informacje, przetwarza je w wypowiedź artystyczną. W pewnym momencie dochodzi do wybuchu, który sprawia, że dokładnie wiem, co chcę zrobić, wtedy praca przebiega bardzo szybko.

 Pandemia sprawiła, że wszystko tak wywróciło się do góry nogami, iż nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Zajęło mi parę miesięcy, by przetrawić to, co się wydarzyło i zauważyć, co z tego wyszło. Zaczęłam tworzyć teksty, coś w rodzaju pamiętnika. Pandemobook to praca moja i Bartka Kiełbowicza stworzona na jego solową wystawę wystawę Sublimacja w Galerii Białej w Lublinie. To szczera odpowiedź na to, co się wydarzyło na samym początku pandemii. Pisane przez wiele miesięcy izolacji teksty nabrały dla mnie nowego znaczenia. Od razu wiedziałam, w jakiej formie chcę je udokumentować. Selekcja tekstów czy kreacja choreografii były bardzo naturalne. Stworzenie pierwszego filmu zajęło nam tylko cztery dni. Kolejne dwa pandemoobooki powstały na zamówienie Centrum Teatru i Tańca w Warszawie. Te prace dały mi dużo wolności, mimo iż miałam ograniczone pole wyboru środków realizacji projektu i nagrywaliśmy filmy we własnej sypialni, bez wielkiego wsparcia technicznego. Wszystko robiliśmy samodzielnie. Później razem z Bartkiem wyszliśmy pracować i nagrywać na ulice Warszawy. To było dla mnie ciekawe – obserwować, jak zmienia się miasto. Wtedy jeszcze obowiązywały surowe obostrzenia, dopiero co mogliśmy ściągnąć maseczki z twarzy w przestrzeni otwartej, a restauracje wydawały jedzenie tylko na wynos. Jednocześnie był to okres majówki, w którym z okazji świąt narodowych wszędzie wywieszone były flagi, a po mieście jeździła policja. Czułam się trochę jak kryptoreporter idący na akcję, by wsadzić kij w mrowisko. Trzeci pandemobook kończy się aktem protestu. Robiłam fikołki pod miejscami, które moim zdaniem zostały za bardzo dotknięte działaniami obecnego rządu, czy w miejsca w miejscach w których odbywały się protesty, m.in. pod Sądem Najwyższym, Sejmem, Pałacem Prezydenckim, główną siedzibą TVP, Zamkiem Ujazdowskim, pod kościołem św. Krzyża.

Bartek jest artystą wizualnym. W trakcie (i w sumie dzięki) pandemii związaliśmy się prywatnie i aktualnie jest moim narzeczonym. Oprócz tego, że fascynuje mnie jako człowiek, interesuje mnie również jako artysta. Podziwiam to, w jaki sposób przetwarza rzeczywistość, jak czerpie z niej w swojej pracy. Ma naturę ryzykanta, co czasem mnie denerwuje, ale jednocześnie pcha w rejony niewygodne, a przez to rozwojowe. Praca z nim uwolniła mnie z kajdan sztywnego patrzenia na dzieło, dała więcej spontaniczności. Bartek nie ma wykształcenia tanecznego, ale jest capoeiristą na wysokim poziomie, więc dobrze rozumie pracę ciała i jest w stanie odpowiedzieć ruchem na dane zadanie. Wykonujemy też razem choreografię, którą on potrafi doskonale zrozumieć, by wiedzieć, co z czego wynika oraz po co to robimy. Zawsze mnie ciągnęło do działań interdyscyplinarnych. Wzajemne przecinanie się form myślenia w sztuce, za pomocą różnych mediów było dla mnie zawsze najciekawsze, najbardziej rozwojowe. Zatem fakt, że Bartek jest artystą wizualnym pociąga mnie w pracy, on dostrzega rzeczy, których ja nie widzę. To jest dla mnie inspirujące.

Wysłuchał, wypytał, zanotował zapisał oraz sfotografował Dominik Więcek.

Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek
Liwia Bargieł. Fot. Dominik Więcek

Wydawca

taniecPOLSKA.pl

powiązane

Teksty

Ludzie

Wydarzenia

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.

Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej.

Close